
„Jednym z problemów specjalisty od rekonstrukcji wypadków – myślał Dar, wrzucając trzeci bieg i bez wysiłku pokonując zacieśniający się zakręt, równocześnie wsłuchując się w cichy, gardłowy, oznaczający zmniejszanie prędkości pomruk auta, a w końcu przełączając na czwórkę i znowu pędząc – jest towarzyszące mu ciągle wspomnienie śmiertelnej w skutkach głupoty ludzkiej, którą widzi podczas jazdy niemal na każdym kilometrze każdej przeklętej autostrady”.
Acura z rykiem wspięła się na niskie, rozświetlone blaskiem przedświtu wzgórze, po czym z warkotem silnika rozpoczęła długi zjazd krętą drogą do kanionu położonego kilka kilometrów niżej.
„Na przykład tam” – myślał Minor, zerkając szybko na niczym nie wyróżniający się obszar z długą starą barierką na drewnianych słupkach wyposażonych w migające światełka. Obok był ostry zakręt. „Właśnie tam”.
Niewiele ponad pięć lat temu Darwin przyjechał w to miejsce ledwie trzydzieści pięć minut po wypadku. Szkolny autokar uderzył w starą barierkę, ściął ponad osiemnaście metrów, przeleciał nad nasypem, trzykrotnie się przetoczył, po czym zsunął się po stromym, usianym głazami stoku, spadając w wąski strumień poniżej, gdzie legł na boku z roztrzaskanym dachem. Autokar należał do wydziału szkolnictwa, rejon Desert Springs i wracał z „Ekotygodnia” – kilkudniowej górskiej wycieczki kempingowej; wiózł czterdziestu jeden szóstoklasistów i dwoje nauczycieli. Gdy Dar tu przybył, ambulanse i helikoptery Flight-For-Life wciąż zabierały poważnie ranne dzieci, a rozstawione na skalistym zboczu pary sanitariuszy przekazywały z dołu do góry nosze z rannymi i ofiarami katastrofy.
