
– Mieszkam niedaleko. Ten kawałeczek możemy przejść piechotą. Pozwól mi wziąć swój kuferek. O, wcale nie jest taki ciężki. Daj mi też węzełek!
– Nie, sama poniosę.
Dag spojrzał na nią z ukosa, ale nie nalegał.
– Jak się mają wszyscy w domu? – zapytał, kiedy opuścili tętniący życiem port i znaleźli się na ruchliwej ulicy.
Sol szeroko otwierała oczy, przyglądając się wszystkiemu co nowe – ciżbie ludzkiej, zwierzętom na ulicach, wdychała zapach ryb i wodorostów, dymu, odpadków, owoców i jarzyn. Co prawda była kilka razy z Tengelem w Oslo i Akershus, ale teraz to zupełnie coś innego. Tu był wielki świat!
– W domu? W porządku. Mam cię gorąco od wszystkich pozdrowić, naturalnie przede wszystkim od Charlotty. Są też listy, cała masa. I pieniądze.
– To wspaniale – ucieszył się Dag.
– Are zastanawiał się, czy mógłbyś zdobyć dla niego nowoczesną strzelbę. Och, Dagu, to takie interesujące! Popatrz na ten dom! Jaki ogromny!
Podekscytowana paplała bez ustanku.
– Mama Charlotta jest teraz z pewnością bardzo samotna?
– O, tak, z utęsknieniem wyczekuje, aż skończysz studia i znów wrócisz do domu. Ale dużo czasu spędza z Silje.
– A inni? Jak im się wiedzie?
– Tengel jak zwykle ciężko pracuje, opiekując się pacjentami. Wprawdzie próbował ograniczyć swe zajęcia do kilku dni w tygodniu, ale to nie takie proste. Ludzie i tak przychodzą po dotyk jego uzdrawiających dłoni. Przybywają z daleka, a przecież on nigdy nie umiał odmawiać. Zimą grasowała jakaś okropna zaraza, więc zabronił chorym przychodzić do nas do domu, żebyśmy się nie zarazili. Przybywali jednak jak roje much i Tengel był naprawdę zrozpaczony. Udało się nam jednak. Wiesz przecież, że Ludzie Lodu są silni. Tylko twoja babcia, baronowa wdowa, nie była w stanie oprzeć się chorobie.
– Tak, wiem. I ogromnie mi jej brakuje.
