
Zwróciła uwagę na mignięcie na monitorach czaszki. Przez chwilę zamiast raportów pojawiła się linijka tekstu — coś o anomaliach czujników.
Królowa Jasmina pokręciła głową. Zawsze była przekonana, że ta okropna rzecz jest czymś opętana, a teraz wydawało się, że również niedołężnieje. Gdyby królowa była mniej przesądna, już dawno by to wyrzuciła, ale powszechnie mówiono, że straszne rzeczy przydarzają się temu, kto ignoruje rady czaszki.
Rozległo się uprzejme pukanie do drzwi.
— Wejdź, Grelier.
Pancerne drzwi otworzyły się. W pomieszczeniu pojawił się Grelier. Próbował dostosować wzrok do mroku — oczy miał szeroko otwarte, białka wyraźne. Niewysoki, szczupły, schludnie ubrany, o płasko ściętych na czubku gęstych, olśniewająco białych włosach. Miał spłaszczoną twarz o płytkich rysach boksera. Nosił czysty biały lekarski kitel i fartuch oraz, jak zawsze, rękawiczki. Jego mina nieodmiennie bawiła Jasminę: Grelier zawsze sprawiał wrażenie, że za chwilę wybuchnie płaczem lub śmiechem. To złudzenie — oba te uczucia były obce głównemu medykowi.
— Byłeś zajęty w fabryce ciał, Grelier?
— Troszeczkę, madame.
— Przewiduję, że czeka nas okres dużego zapotrzebowania. Produkcja nie może spaść.
— Prawie nie ma niebezpieczeństwa, madame.
— O ile jesteś tego świadom. — Westchnęła. — Dość tych konwenansów. Do dzieła.
Grelier skinął głową.
— Widzę, że już zaczęłaś, madame.
Czekając na niego, przypięła swoje ciało do tronu: skórzanymi bransoletami wokół kostek i ud, grubą taśmą wokół brzucha, prawa ręka została przymocowana do poręczy i tylko lewa ręka poruszała się swobodnie. W lewej dłoni trzymała czaszkę, twarzą zwróconą do siebie, by mogła widzieć monitory wystające z oczodołów. Nim ujęła czaszkę, włożyła prawe ramię w szkiele — talną maszynę wspartą o bok fotela. Maszyna — ułagadzacz — to klatka z surowego czarnego żeliwa z regulowanymi za pomocą śrub poduszeczkami zgniatającymi.
