
— Możesz teraz usiąść? — spytała.
— Spróbuję.
Dolegliwości nieco ustawały — wiedział, że musiały ustąpić — i w końcu mógł bez płaczu poruszać głównymi grupami mięśni. Siadł na kozetce i podciągnął kolana do bezwłosej klatki piersiowej, a Morwenna zaczęła delikatnie usuwać mu cewnik z penisa. Podczas tej operacji patrzył jej w twarz i słyszał tylko szczęknięcia metalu o metal. Pamiętał, jaki strach poczuł, gdy go po raz pierwszy dotknęła w tym miejscu dłońmi lśniącymi jak nożyce. Kochanie się z nią było jak seks z młocarnią. Ale Morwenna nigdy go nie zraniła, nawet gdy niechcący sama zadrasnęła swoją własną żywą tkankę.
— W porządku? — spytała.
— Dam radę. Szybkie wybudzenie nie zdoła popsuć dnia Hor risowi Quaiche’owi.
— Co za postawa! — rzekła bez specjalnego przekonania. Po chyliła się, by go pocałować. Pachniała perfumami i ozonem.
— Cieszę się, że jesteś przy mnie.
— Poczekaj. Przyniosę ci coś do picia.
Morwenna odeszła od kozetki i wydłużyła się do swej pełnej wysokości. Ciągle nie potrafił idealnie skupić wzroku, ale obserwował, jak Ultraska przemyka przez pokój do luku, gdzie były wydawane rozmaite płyny regenerujące. Jej stalowoszare dreadlocki kiwały się z każdym krokiem długich, poruszanych tłokami nóg.
Morwenna wracała z kieliszkiem ożywczej mikstury — czekolady z medmaszynami — gdy otwarły się drzwi pomieszczenia. Do środka weszło dwóch Ultrasów: mężczyzna i kobieta. Za nimi, z rękoma skromnie założonymi za plecy, wyłoniła się mniejsza, niezmechanizowana postać naczelnego medyka. Miał na sobie brudny biały lekarski kitel.
— Jest w dobrym stanie? — spytał mężczyzna.
