
— Masz szczęście, że nie umarł — wypaliła Morwenna.
— Nie bądź melodramatyczna — powiedziała kobieta. — Nigdy by nie umarł z powodu nieco szybszego niż zwykle odmrożenia.
— Czy powiecie nam, co Jasmina od niego chce?
— To sprawa między nim a królową — odparła kobieta.
Mężczyzna rzucił w stronę Quaiche’a pikowaną srebrną szpitalną koszulę. Morwenna błyskawicznie wyciągnęła ramię i złapała ją w locie. Podeszła do Quaiche’a i podała mu koszulę.
— Chciałbym wiedzieć, o co chodzi — powiedział Quaiche.
— Ubierz się — poleciła kobieta. — Idziesz z nami. Obrócił się na kozetce i opuścił stopy na zimną podłogę.
Dolegliwości mijały, a ich miejsce zajmował strach. Kutas się skurczył, wycofał do brzucha, jakby przygotowywał własny tajny plan ucieczki. Quaiche włożył koszulę, zapinając ją w pasie.
— Masz z tym coś wspólnego, co? — zwrócił się do naczelnego medyka.
Grelier mrugnął.
— Drogi kolego, robiłem, co mogłem, żeby ich powstrzymać przed jeszcze szybszym rozmrożeniem ciebie.
— Doczekasz się jeszcze — rzekł Quaiche. — Zapamiętaj moje słowa.
— Po co ten ton? Ty, Horris, i ja mamy ze sobą wiele wspólnego. Dwaj mężczyźni ludzie sami na statku Ultrasów. Nie powinniśmy się kłócić, konkurować o prestiż i status. Należy się wzajemnie wspierać, cementować przyjaźń. — Grelier wytarł wierzch ręka wiczki o fartuch, zostawiając brzydką rdzawą plamę. — Powinniśmy być sojusznikami. Razem zajdziemy daleko.
— Kiedy lód zetnie piekło — odparł Quaiche.
* * *
Królowa pogłaskała cętkowaną ludzką czaszkę, którą trzymała na podołku. Długie paznokcie na palcach rąk i nóg były pomalowane smolistoczarnym lakierem. Miała na sobie kamizelkę z koronką na linii dzielącej piersi i krótką spódniczkę z tej samej ciemnej tkaniny. Czarne włosy sczesała z czoła do tyłu, zostawiając tylko starannie uformowany kosmyk. Quaiche początkowo odniósł wrażenie, że królowa ma makijaż: od oczu do górnej wargi biegły pionowe czerwone linie — grube, jakby namalowane woskiem. Potem zdał sobie sprawę, że wyłupiła sobie oczy, i przebiegł go dreszcz.
