Głowa go bolała od samego patrzenia.

Skafander był pokancerowany i pożłobiony wskutek uderzeń mikrometeorytów i działania promieni kosmicznych; tu i ówdzie stalowoszara powierzchnia miała zielone czy brązowe przebarwienia, a tam, gdzie superciężkie cząsteczki cięły ukośnie, powstały żłobkowane zadrapania. Wokół całego skafandra biegła cienka ciemna linia styku dwóch opancerzonych połówek, które można było w tym miejscu otworzyć, a potem znów zespawać.

Skafander to urządzenie karne. Quaiche słyszał na jego temat tylko okrutne pogłoski.

Królowa wkładała ludzi do skafandra. Utrzymywał ich przy życiu i przekazywał informacje czuciowe. Chronił przed gradem promieniowania podczas podróży kosmicznej — przez lata uwięzienia, w lodzie powłoki ablacyjnej statku.

Szczęściarze po wyciągnięciu ze skafandra byli martwi.

Quaiche usiłował powstrzymać drżenie głosu.

— Jeśli się spojrzy na sprawy z jednej strony, w zasadzie… w zasadzie” nie poszło nam aż tak źle… zważywszy na wszystkie okoliczności. Wśród załogi nie było ofiar ani większych obrażeń. Żadnych przypadków zatrucia. Żadnych nieprzewidzianych wy datków… — Zamilkł, patrząc z nadzieją na Jasminę.

— Nic lepszego nie potrafisz wymyślić? Dzięki tobie, Quaiche, mieliśmy się stać bogaci. Miałeś odmienić nasz los w tych trud nych czasach, naoliwić koła wymiany handlowej dzięki swojemu wrodzonemu urokowi i znajomości planetarnej psychologii oraz geografii. Miałeś być naszą złotodajną kurą.

Poruszył się nerwowo.

— Ale w pięciu układach znaleźliśmy tylko chłam.

— To wy wybieracie układy, nie ja. Nie moja wina, że nie było tam nic wartościowego.



31 из 752