
— Prawdopodobnie w ubiegłym tygodniu — odparł Scorpio. — Znaleźliśmy to dopiero parę dni temu.
Zapadło krępujące milczenie, tym razem krótsze. Woda uderzała o skały i bulgotała w małych wirach, wpływając na ląd i wypływając z małych przybrzeżnych sadzawek.
— A co to właściwie jest?
— Nie mamy pewności. Jakaś kapsuła. Artefakt ludzki. Najprawdopodobniej gondola ratunkowa, zdolna do wejścia w atmosferę. Sądzimy, że wodowała na oceanie, a potem wypłynęła na powierzchnię.
Clavain skinął głową, jakby ta informacja nie miała większego znaczenia.
— I jesteście pewni, że nie zostawiła tego Galiana?
Wypowiedział imię kobiety swobodnie, wpatrując się w morze, ale Scorpio domyślał się, jaki ból mu to sprawiło, i co dla Clavaina znaczy ocean: stratę i okrutną nadzieję. Przed swoim dobrowolnym wygnaniem Clavain stwierdził:
— Teraz wszystkie odeszły. Ocean nic więcej nie może mi zrobić.
— Nadal tam są — odpowiedział mu wtedy Scorpio. — Nie zginęły. I nigdy nie były tak bezpieczne.
Jakby Clavain sam sobie z tego nie zdawał sprawy.
— Nie. — Scorpio sprowadził przyjaciela do aktualnych spraw. — To nie jest od Galiany.
— Myślałem, że może tam jest wiadomość od niej — rzekł Clavain. — Ale chyba się mylę, prawda? Nie będzie żadnych wiadomości. Nie tą drogą. Ani od Galiany, ani od Felki.
— Współczuję ci — odparł Scorpio.
— Niepotrzebnie. To tak już jest.
Scorpio znał przeszłość Clavaina zarówno z pogłosek, jak i opowieści przyjaciela. Wspomnienia zawsze były zawodne, ale w obecnej dobie stały się plastyczne jak glina. Pewne aspekty własnej przeszłości nawet dla Clavaina były niepewne.
Ale przecież niektóre fakty były pewne. Clavain kochał kiedyś kobietę o imieniu Galiana. Ich związek zaczął się wieki temu i trwał wieki. Powołali do życia — lub stworzyli — coś w rodzaju córki, Felkę. Była bardzo uszkodzona i posiadała niezwykłą moc. Kochano ją. ale również bano się jej.
