
Zobaczył, że Vasko dopłynął na płyciznę i stanął w wodzie.
Scorpio chwycił za nadburcie i płatki złuszczonego skorodowanego metalu przywarły mu do ręki. Łódź spędziła w wodzie ponad sto dwadzieścia godzin i była to prawdopodobnie jej ostatnia podróż. Sięgnął do środka łodzi i wyrzucił na zewnątrz małą kotwicę. Mógłby to zrobić wcześniej, ale kotwice rdzewiały równie szybko jak kadłuby i nie należało im zbytnio ufać.
Vasko tymczasem szedł w stronę łodzi, ostrożnie wybierając drogę. Rozpostarł ramiona dla zachowania równowagi.
Scorpio wepchnął ubrania towarzysza do plecaka, w którym już znajdowały się racje żywnościowe, świeża woda i lekarstwa. Zarzucił plecak na ramiona i noga za nogą ruszył do brzegu. Od czasu do czasu oglądał się na Vaska. Wiedział, że był dla niego surowy, ale kiedy czuł w sobie wzbierający gniew, nie potrafił się opanować. Niepokoiło go to. Od dwudziestu trzech lat nie podniósł ręki na człowieka, chyba że był zmuszony podczas wypełniania obowiązków służbowych. Zorientował się jednak, że słowa również mogą zawierać agresję. Kiedyś by to wyśmiał, ale ostatnio usiłował prowadzić inne życie. Myślał, że pewne sprawy ma już za sobą.
Oczywiście, to perspektywa spotkania z Clavainem spowodowała, że cała złość znów się ujawniła. Za dużo lęków, za dużo emocjonalnych wątków, mających swe źródło w krwawym bagnie przeszłości. Clavain wiedział, kim był Scorpio. Clavain dokładnie wiedział, do czego jest zdolny.
Zatrzymał się i poczekał na młodego towarzysza.
— Proszę pana… — Vasko drżał i ledwie dyszał.
— Jak było?
— Miał pan rację. Było trochę zimniej, niż się wydawało. Scorpio zrzucił z ramion plecak.
— Domyślałem się, że będzie zimno, ale dobrze się sprawiłeś. Wziąłem twoje rzeczy. Zaraz wyschniesz i się rozgrzejesz. Nie żałujesz, że się tu wybrałeś?
— Nie, proszę pana. Chciałem trochę przygody, no nie? Scorpio przekazał mu jego rzeczy.
