
— Mówił mi pan wcześniej, że Clavain w końcu nie objechał świata, prawda?
— Tak?
— Jeśli przybył tutaj, dlaczego nam tego nie powiedziano?
— Chodziło o powód, dla którego tu został — wyjaśnił Scorpio. Obeszli pneumatyczną konstrukcję i znaleźli hermetyczne drzwi. Obok nich stał mały brzęczący zasilacz, który utrzymywał właściwe ciśnienie, dostarczał ciepła i zapewniał inne udogodnienia.
Scorpio uważnie obejrzał jeden z odłamków konchy, przesunął palcem po ostrej krawędzi — odłamek musiał być oderwany od większej całości.
— Chyba przeczesywał plażę.
Vasko wskazał na otwarte zewnętrzne wejście.
— Coś mi się zdaje, że nikogo teraz nie ma w domu.
Scorpio otworzył drzwi wewnętrzne. Zobaczył pryczę i starannie złożoną pościel. Małe składane biurko, piec i syntezator jedzenia. Butlę oczyszczonej wody i pudełko z racjami żywnościowymi. Pompa, nadal tłocząca powietrze, i kawałki konch na stole.
— Trudno powiedzieć, kiedy ostatnio tu był — stwierdził Vasko.
Scorpio pokręcił głową.
— Niedawno. Najwyżej ze dwie godziny temu.
Vasko rozejrzał się, szukając dowodów, które nie umknęły uwagi Scorpia. Nie znalazł ich. Świnie dawno temu przekonały się, że doskonały węch, który odziedziczyły po swoich przodkach, nie jest cechą ludzi linii głównej. Przekonały się również boleśnie, że ludzie wolą, żeby im o tym nie przypominać.
Wychodząc na zewnątrz, zahermetyzowali wewnętrzne drzwi, tak jak je przedtem zastali.
— Co teraz? — spytał Vasko.
