
Zaparkowałam mojego volkswagena w wysypanej żwirem zatoczce i przeszłam przez ulicę. Usytuowana na zboczu działka nie była jeszcze zagospodarowana i na razie jedyną jej ozdobę stanowił kurz i porośnięte chwastami głazy. Przy ulicy stał wypełniony po brzegi ogromny kontener. Na ustawionych na podwórku tabliczkach wypisano nazwiska szefa budowy, malarza i architekta, choć pani Purcell szybko poinformowała mnie przez telefon, że ona sama jest autorką projektu domu. Projekt – jeśli tak można to w ogóle nazwać – na pewno spotkałby się z pełną aprobatą Ministerstwa Obrony: w bladym listopadowym słońcu na zbocze wzgórza pięła się konstrukcja złożona z surowych, niczym nieozdobionych betonowych klocków. Fasada przypominała bunkier i stanowiła ostry kontrast z eleganckimi domami w stylu hiszpańskim wznoszącymi się na sąsiednich posesjach. Gdzieś na tyłach domu musiał się znajdować podjazd prowadzący do garaży i na mały parking, lecz zdecydowałam się na schody wznoszące się stromo na zboczu. O szóstej rano przebiegłam jak zwykle pięć kilometrów, lecz zrezygnowałam z tradycyjnej piątkowej wizyty w siłowni, by zdążyć na to wczesne spotkanie. Była ósma rano i wchodząc na schody, czułam w mięśniach przebyty dystans.
Gdzieś za sobą usłyszałam szczekanie psa. Głębokie i gardłowe, niosło się echem w kanionie, przekazując całą psią radość i podniecenie spacerem. Kobiecy głos zawołał: „Trudy! Truuudy!”, lecz pies szczekał dalej. Nagle rozległ się przenikliwy głos gwizdka i młody wilczur zbiegł ze zbocza, pędząc prosto na mnie.
