
Dotarł na łąkę o wschodzie słońca. Rozejrzał się, ale Pucka nigdzie nie było. Siedział zatem pod lasem, zatroskany i bezradny, zupełnie nie wiedział, co zrobić, i martwił się aż do chwili, kiedy daleko na końcu łąki pojawiły się dwa konie. Rozpoznał Sasankę i Zuchelka i popędził do nich czym prędzej.
Konie oczywiście wiedziały o wszystkim i kiedy Pafnucy opisał im przerażenie leśnych zwierząt, przejęły się bardzo.
– Istna rozpacz – powiedziała Sasanka. – Doskonale was rozumiem. Ale Pucka nie ma i chyba dziś nie będzie, bo pojechał ze swoim panem daleko, aż na tamten najostatniejszy koniec lasu, tam, gdzie las jest taki wąski i bardzo długi. Zebrali tam wszystkie psy.
– To co zrobić? – spytał zgnębiony Pafnucy.
– Czekać nie możecie, bo ludzie już zaczynają – powiedział Zuchelek, pełen współczucia. – A bez Pucka rzeczywiście nie dacie rady. Tylko on może zrobić coś z ludźmi. Trzeba go zawiadomić.
– To może ja tam pobiegnę? – ożywił się Pafnucy.
– Bez sensu – skrytykowała Sasanka. – Umiesz biegać, ale to nie jest zajęcie dla niedźwiedzia. To już lepiej my.
Zuchelek zgodził się z nią natychmiast i kiwnął głową.
– Pomożemy wam – rzekł wspaniałomyślnie. – Popędzimy do Pucka i powiemy mu, że nie trzeba przeszukiwać lasu. A wy przez ten czas przenieście to w jakieś bezpieczne miejsce.
– Kiedy właśnie nie wiemy, gdzie jest to bezpieczne miejsce – zmartwił się na nowo Pafnucy.
– Byle gdzie – powiedziała Sasanka. – Pucek potrafi doprowadzić ludzi wszędzie. I porozumie się z innymi psami. Tylko musimy to ustalić, żeby mu od razu powiedzieć.
Zastanawiali się przez długą chwilę, aż konie dokonały wyboru. Znały drogę pod lasem znacznie lepiej niż Pafnucy, była to bowiem droga, po której chodziły i biegały prawie codziennie. Ustaliły, że najlepszy będzie duży dół pod starym dębem, rosnącym tuż przy owej drodze, na samym skraju lasu. Stary dąb był znany wszystkim. Pafnucy już chciał ruszyć z powrotem, ale Sasanka go zatrzymała.
