
Wtem życie nabrało różowych barw. Miałam nową ukochaną pracę i malarza pokojowego cieszącego się dobrą renomą.
Kiedy zostałam wreszcie sama w swoim domku nad morzem, wyrzuciłam ręce do góry i zakrzyknęłam: „Hura!”
Pamiętasz malarza, o którym ci opowiadałam? Nazajutrz zabrał się od rana od gruntownego odświeżania domu. A wiem o tym, bo zostawił mi bukiet przepięknych polnych kwiatów – różowych, czerwonych, żółtych, fioletowych, ustawionych elegancko w słoju przed wejściem. Cudowny, miły gest, ujmująca niespodzianka.
Do kwiatów dołączył liścik:
Droga Suzanne
Światła w kuchni jeszcze się nie palą, ale oby chociaż te kwiaty rozjaśniły Ci dzień.
Może byśmy się spotkali w wybranym przez Ciebie czasie i celu.
Picasso – ostatnio raczej Twój malarz pokojowy
Osłupiałam. Odkąd Michael Bernstein mnie zostawił, unikałam wszelkich spotkań.
Usłyszałam, że mój malarz gdzieś stuka, wyszłam na ganek. Siedział w kucki na stromym, spadzistym dachu.
– Hej, Picasso! – zawołałam. – Dzięki za piękne kwiaty.
– Ależ proszę. Przypominały mi ciebie.
– Nieźle trafiłeś. To moje ulubione.
– Suzanne, nie miałabyś ochoty wyrwać się, żeby coś zjeść, albo na przejażdżkę, albo pograć w scrabble? Coś pominąłem?
Uśmiechnęłam się mimo woli.
– Teraz mam w pracy młyn z pacjentami. Muszę się w to wszystko wciągnąć. Ale dziękuję za zaproszenie.
Przyjął odmowę godnie i posłał mi uśmiech. Po czym przejechał ręką po czuprynie i dodał:
– Rozumiem. Ale chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli się choć raz ze mną nie umówisz, to będę musiał podnieść ci cenę.
– Tego nie wiedziałam! – odkrzyknęłam.
– Tak to wygląda. Wiem, że to ohydna, niesprawiedliwa praktyka. Ale co począć? Tak jest ten świat urządzony.
