
Na wspomnienie tamtego dnia znów się rozpłakała.
RANO dziewiętnastego coś pociągnęło Katie nad rzekę Hudson. Zapragnęła odbyć rejs statkiem spacerowym wokół Manhattanu. Za pierwszym razem Matt i ona mieli po prostu fantazję, żeby się nim przepłynąć, ale tak im się spodobało, że wciąż tam wracali.
Wybrała się na pierwszy rejs tego dnia. Targał nią smutek, a zarazem gniew. O Boże, sama już nie wiedziała, co czuje.
Wczesna pora nie przyciągnęła zbyt wielu turystów. Katie zajęła miejsce na górnym pokładzie i oglądała Nowy Jork z wyjątkowej perspektywy – omywających go melancholijnych nurtów.
Kilka osób, zwłaszcza mężczyzn, zwróciło uwagę na kobietę siedzącą samotnie.
Katie zazwyczaj wyróżniała się z tłumu. Była wysoka, miała metr osiemdziesiąt, a przy tym ciepłe, życzliwe niebieskie oczy. Trapiły ją kompleksy na tle wzrostu, toteż podejrzewała, że ludzie dlatego się na nią gapią. Przyjaciele zapewniali ją, że tak nie jest. Że ludzie podziwiają jej olśniewającą urodę. Katie nie podzielała tego zdania. Uważała się za całkiem zwyczajną. W głębi duszy nadal była wiejską dziewczyną z Karoliny Północnej.
Często zaplatała długie ciemne włosy, hodowane od ósmego roku życia, w warkocz. Dawniej wyglądała w nim urwisowato, teraz trafiła w wielkomiejską modę na naturalność. Chyba wreszcie dogoniła swoje czasy. Prawie się nie malowała, czasem pociągnęła tylko rzęsy tuszem i usta szminką. Dzisiaj nie była umalowana. I z całą pewnością nie wyglądała olśniewająco.
Płakała kilka godzin, oczy miała podpuchnięte. Poprzedniego dnia ukochany mężczyzna zerwał z nią nagle bez słowa wyjaśnienia. Cios spadł tak nieoczekiwanie. Wciąż nie mogła uwierzyć, że Matt od niej odszedł.
No i niech go diabli wezmą! Jak on mógł? Czyżby przez tyle miesięcy mnie okłamywał? Na to wygląda! Łajdak.
