
— Dzięki — powiedziała przez zaciśnięte zęby — za przejażdżkę.
Nie czekając na odburknięcie i nie oglądając się, boso poszła w kierunku kamiennych schodów. Wszystkie niewygody i dolegliwości poszły i uleciały bez śladu, wymazane przez rosnące podniecenie. Była oto na wyspie Inis Vitre, na jeziorze Loc Blest. Była w miejscu niemal legendarnym, w którym bywali wyłącznie nieliczni wybrańcy.
Poranna mgła uniosła się zupełnie, przez zmatowione niebo zaczęła mocniej prześwitywać czerwona kula słońca. Wokół machikułów wieży krążyły wrzeszczące mewy, migały jeżyki.
Na szczycie schodów wiodących z plaży na taras, wsparta o posążek przykucniętej i wyszczerzonej chimery, stała Nimue.
Pani Jeziora.
*****Była drobnej budowy i niska, mierzyła niewiele więcej niż pięć stóp. Condwiramurs słyszała o tym, że za młodu nazywano ją Łokietkiem, teraz wiedziała, że przezwisko było trafne. Ale była pewna, że przynajmniej od pół wieku nikt nie ośmielił się tak nazwać małej czarodziejki.
— Jestem Condwiramurs Tilly — przedstawiła się z ukłonem, zakłopotana nieco, wciąż z trzewiczkami w ręku. - Rada jestem, mogąc gościć na twej wyspie, Pani Jeziora.
— Nimue — poprawiła swobodnie mała magiczka. - Nimue, nic więcej. Tytuły i epitety możemy sobie darować, panno Tilly.
— W takim razie ja jestem Condwiramurs. Condwiramurs, nic więcej.
— Pozwól więc, Condwiramurs. Porozmawiajmy przy śniadaniu. Odgaduję, że zgłodniałaś.
— Nie przeczę.
*****Na śniadanie był twaróg, szczypior, jajka, mleko i razowy chleb, podane przez dwie młodziutkie, cichutkie i pachnące krochmalem służące. Condwiramurs jadła, czując na sobie wzrok małej czarodziejki.
