
Emhyr podszedł do balustrady tarasu. Dziewczyna — zgodnie z etykietą — trzymała się o krok za nim. Niecierpliwym gestem zmusił ją, by podeszła bliżej.
Cesarz milczał długo, obu dłońmi wsparty na balustradzie, wpatrzony we wzgórza i porastające je wiecznie zielone cisy, wyraźnie odcinające się od wapiennej bieli skalistych uskoków. Błyskała rzeka, wstęgą roztopionego srebra wijąca się dnem kotliny.
W powietrzu czuło się wiosnę.
— Za rzadko tu bywam — odezwał się Emhyr. Dziewczyna milczała.
— Za rzadko tu przyjeżdżam — powtórzył, odwracając się. - A to piękne i tchnące spokojem miejsce. Piękna okolica… Zgadzasz się ze mną?
— Tak, Wasza Cesarska Mość. wiosnę. Mam rację?
— Tak, Wasza Cesarska Mość.
Z dołu, z podwórca, słychać było śpiew zakłócany brzękiem, szczękiem i dzwonieniem podków. Eskorta, poinformowana, że cesarz rozkazywał wyjazd, pośpiesznie szykowała się do drogi. Emhyr pamiętał, że wśród gwardzistów był jeden, który śpiewał. Często. I niezależnie od okoliczności.
— Ładna ballada — powiedział w zamyśleniu, dotykając palcami ciężkiego, złotego, cesarskiego alszbandu.
— Ładna, Wasza Cesarska Mość.
Vattier zapewnia mnie, że jest już na tropie Vilgefortza. Że odnalezienie go jest kwestią dni, najwyżej tygodni. Głowy zdrajców spadną, a do Nilfgaardu sprowadzona zostanie prawdziwa Cirilla, królowa Cintry.
A zanim do Nilfgaardu przybędzie autentyczna Cirilla, królowa Cintry, trzeba będzie coś zrobić z sobowtórem.
