— Znakomicie — powiedział celowo w pustkę, tak by nie wiadomo było, co chwali. - Znakomicie, mistrzu. Proszę kontynuować, nie zwracając uwagi na moją osobę. Zechce pani pozwolić na słowo, hrabino.

Odszedł dalej, ku oknu, zmuszając, by szła za nim.

— Wyjeżdżam — powiedział cicho. - Sprawy państwowe. Dziękuję za gościnę. I za nią. Za princessę. Naprawdę dobra robota, Stello. Naprawdę należy się pochwała. Tak tobie, jak i jej.

Stella Congreve dygnęła głęboko i z gracją.

— Wasza Cesarska Mość jest dla nas za dobry.

— Nie chwal dnia przed zachodem.

— Ach… — zacisnęła lekko wargi. - Ta tak?

— To tak.

— Co z nią będzie, Emhyrze?

— Nie wiem — odrzekł. - Za dziesięć dni wznawia ofensywę na Północy. A zapowiada się trudna, bardzo trudna wojna. Vattier de Rideaux śledzi wymierzone przeciwko mnie spiski i sprzysiężenia. Do różnych, do bardzo różnych rzeczy może mnie zmusić racja stanu.

— To dziecko nie jest niczemu winne.

— Powiedziałem: racja stanu. Racja stanu nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Zresztą…

Machnął ręką.

— Chcę z nią porozmawiać. Sam na sam. Pozwól bliżej, księżniczko. Dalej, dalej, żywiej. Cesarz rozkazuje.

Dziewczyna dygnęła głęboko. Emhyr mierzył ją wzrokiem, wracając pamięcią do tamtej brzemiennej w skutki audiencji w Loc Grim. Był pełen uznania, ba, podziwu nawet dla Stelli Congreve, która w ciągu sześciu miesięcy, jakie upłynęły od tamtego czasu, zdołała to niezgrabne kaczątko przekształcić w małą arystokratkę.

— Zostawcie nas — rozkazał. - Zrób przerwę, mistrzu Robinie, na umycie pędzli, dajmy na to. Ciebie zaś, hrabino, proszę byś zechciała zaczekać w przedpokojach. A ty, księżniczko, pozwól ze mną na taras.

Mokry śnieg, który spadł w nocy, stopniał w pierwszych promieniach porannego słońca, ale dachy wież i pinakli zamku Darn Rowan wciąż były mokre i świeciły tak, że zdawały się płonąć.



21 из 489