
— Bo macie nietypową i tylko wam właściwą pracę gruczołów dokrewnych — ucięła Panie Jeziora. - Wasze sny to, trywializując nieco, nic innego jak wydzielone do organizmu endorfinu. Jak większość dzikich talentów magicznych, także i wasz jest prozaicznie organiczny. Ale po co ja mówię o czymś, co sama świetnie wiesz. Słucham cię, jakież to sny jeszcze pamiętasz?
— Młody chłopak — zmarszczyła brwi Condwiramurs — wędrujący wśród pustych pól, z tobołkiem na ramieniu. Pola są puste, wiosenne. Wierzby… Przy drogach i na miedzach. Wierzby, krzywe, dziuplaste, rozczapierzone… Gołe, jeszcze nie zazielenione. Chłopak idzie, rozgląda się. Zapada noc. Na niebie pojawiają się gwiazdy. Jedna z nich jest ruchoma. To kometa. Czerwonawa, migotliwa iskra, skosem przecinająca nieboskłon…
— Brawo — uśmiechnęła się Nimue. - Choć pojęcia nie mam, o kim śniłaś, można przynajmniej precyzyjnie określić datę tego zdarzenia. Czerwona kometa była widoczna przez sześć dni, wiosną roku zawarcia pokoju cintryjskiego. Dokładniej, w pierwszych dniach marca. W pozostałych snach też wystąpiły jakieś datowniki?
— Moje sny — prychnęła Condwiramurs, soląc jajko — to nie kalendarz rolniczy. Nie mają tabliczek z datami! Ale, żeby być ścisłą, śniłam sen o bitwie pod Brenną, pewnie napatrzywszy się na płótno Mikołaja Certosy w twojej galerii. A data bitwy pod Brenną też jest znana. To ta sama data, co rok komety. Mylę się?
— Nie mylisz się. Coś szczególnego było w tym śnie o bitwie?
— Nie. Kotłowanina koni, ludzi i broni. Ludzie tłukli się i wrzeszczeli. Ktoś, zapewnie nienormalny, wył "Orły! Orły!"
— Co jeszcze? Mówiłaś, że snów była cała rewia.
— Nie pamiętam… — Condwiramurs urwała. Nimue uśmiechnęła się.
— No, dobra — adeptka hardo zadarła nos, nie pozwalając Pani Jeziora na złośliwy komentarz. - Owszem, czasami zapominam. Nikt nie jest doskonały. Powtarzam, moje sny to wizje, nie fiszki biblioteczne…
