
KIEDY MÓJ KOŃ ZNÓW BĘDZIE POTRZEBOWAŁ NOWYCH PODKÓW.
— Tak, szanowny panie.
Jason zamknął drzwi i zasunął sztabę, chociaż kiedy się nad tym zastanowić, prawdopodobnie nie miało to znaczenia.
Ale taki był układ — podkuwał wszystko, co mu sprowadzili, wszystko, a w zamian za to mógł podkuć wszystko. W Lancre zawsze żył kowal i wszyscy wiedzieli, że kowal z Lancre to kowal bardzo potężny.
To starożytny układ i miał coś wspólnego z żelazem.
Wiatr osłabł. Teraz szeptał tylko gdzieś na horyzoncie. Wschodziło słońce.
To była kraina oktarynowych traw. Dobra, rolnicza ziemia — zwłaszcza dla kukurydzy.
A tutaj rozciągało się pole kukurydzy, falującej delikatnie za żywopłotem. Niezbyt duże pole. Właściwie całkiem zwyczajne. Zwykłe pole z kukurydzą, oczywiście jeśli nie panowała zima, kiedy było na nim widać tylko gołębie i wrony.
* * *
Wiatr zamarł.
Kukurydza wciąż falowała. Nie były to zwykłe fale — rozbiegały się od środka pola, jak gdyby ktoś wrzucił kamień do stawu. Powietrze zaskwierczało i wypełniło się głośnym brzęczeniem.
Potem, w samym środku pola, szeleszcząc głośno, młoda, kukurydza przygięła się i legła na ziemi.
W kręgu.
A na niebie roiły się brzęczące gniewnie pszczoły.
* * *
Zostało jeszcze kilka tygodni do pełni lata. Królestwo Lancre drzemało w upale, nagrzane powietrze falowało nad lasami i polami.
Trzy punkty pojawiły się na niebie.
Po chwili dało się już w nich rozpoznać trzy kobiety na miotłach. Leciały w sposób, który przywodził na myśl słynne trzy lecące gipsowe kaczki.
Przyjrzyjmy się im uważnie.
Ta pierwsza — nazwijmy ją prowadzącą — siedzi sztywno wyprostowana, nie zważając na opór powietrza, z którym chyba wygrywa. Jej twarz można ogólnie opisać jako uderzającą, nawet przystojną, choć nikt nie nazwałby jej piękną — chyba że chciałby, żeby nos urósł mu na trzy stopy.
