
BARDZO SŁUSZNIE. BARDZO ROZSĄDNIE. TERAZ…
Musiał zapytać, choćby po to, by potem zawsze pamiętać, że zapytał.
— Szanowny panie… SŁUCHAM, PANIE OGG.
— Mam jedno pytanie…
TAK, PANIE OGG?
Jason przesunął językiem po wargach.
— Gdybym tak… Gdybym zdjął opaskę, co bym zobaczył?
Już. Stało się.
Coś zastukało po kamieniach podłogi, nastąpiło lekkie zawirowanie w ruchu powietrza — co podpowiedziało Jasonowi, że mówiący stoi teraz przed nim.
CZYJEST PAN CZŁOWIEKIEM WIERZĄCYM, PANIE OGG?
Jason zastanowił się szybko. Lancre nie było państwem religijnym. Zdarzali się Zdziwieni Dnia Dziewiątego i Ściśli Offlianie, ołtarze licznych pomniejszych bóstw stały w okolicy na tej czy innej polance. Jednak on sam nigdy nie odczuwał potrzeby wiary — całkiem jak krasnoludy. Żelazo to żelazo, a ogień to ogień. Jak człowiek zacznie kombinować o problemach metafizycznych, ani się obejrzy, a będzie musiał zeskrobywać z młota własny kciuk.
A W TEJ CHWILI W CO PAN TAK NAPRAWDĘ SZCZERZE WIERZY?
Stoi o parę cali ode mnie, myślał Jason. Mógłbym wyciągnąć rękę i dotknąć…
Poczuł zapach — wcale nie przykry. Właściwie to ledwie go wyczuwał. To był zapach powietrza w starych, zapomnianych pokojach. Gdyby stulecia pachniały, te najstarsze pachniałyby właśnie tak.
PANIE OGG?
Jason przełknął ślinę.
— No więc, szanowny panie… W tej chwili… Tak naprawdę to wierzę w swoją opaskę.
BARDZO DOBRZE. ROZSĄDNY CZŁOWIEK A TERAZ… MUSZĘ JUŻ IŚĆ.
Jason usłyszał, jak podnosi się skobel. Pchnięte wiatrem drzwi odsunęły się ze zgrzytem, potem zastukały na kamieniach nowe podkowy.
JAK ZAWSZE WYKONAŁ PAN DOSKONAŁĄ ROBOTĘ.
— Dziękuję szanownemu panu.
MÓWIĘ TO JAK JEDEN FACHOWIEC DRUGIEMU.
— Dziękuję szanownemu panu.
SPOTKAMY SIĘ ZNOWU.
— Tak, szanowny panie.
