
Pirxowi pozostawało już niewiele do zrobienia. Nakierował wskaźnik zewnętrznej termopary na światełko — zdalnie poruszaną dźwignią przesuwał celownik, aż pokrył dokładnie mleczno jaśniejący punkt — i kątem oka chwycił wynik: 24 stopnie w skali Kelwina. Znaczyło to, że światełko ma temperaturę otaczającej próżni — wszystkiego o 24 stopnie wyższą od zera absolutnego.
Teraz był już właściwie zupełnie pewny, że światełko nie może istnieć, świecić, a tym bardziej poruszać się — ponieważ jednak pływało mu przed nosem, ciągnął za nim dalej.
Słabło coraz wyraźniej — i coraz szybciej. Po minucie stwierdził, że oddaliło się na sto kilometrów — i zwiększył szybkość.
Wtedy stała się rzecz bodaj że najdziwniejsza. Światełko najpierw dawało się doganiać. Miał je na 80, 70, 50, 30 kilometrów od dziobu. Potem znowu wyszło do przodu. Zwiększył szybkość — do 75 kilometrów na sekundę. Światełko robiło 76. Pirx znowu dodał ciągu — ale już nie jak kroplomierzem. Dał pół mocy w dysze i wystrzeliło go naprzód. Potrójne ciążenie ziemskie wgniotło go w poduszki fotela. AMU miał małą masę spoczynkową, rozpędzał się w tempie samochodu wyścigowego. Za chwilę robił już 140. Światełko robiło 140,5.
Pilot Pirx poczuł, że zaczyna mu się robić gorąco. Dał pełny ciąg. AMU 111 zaśpiewał cały jak trącona struna ruchomego sklepienia gwiazd, pełzł szybko w górę: 155 — 168 — 177 — 190 — 200.
Przy dwustu Pirx spojrzał w odległościomierz, co było prawdziwym wyczynem, godnym lekkoatlety-dziesięcioboisty, bo przyspieszenie wynosiło 4 g.
Światełko wyraźnie zbliżało się — rosło — miał je najpierw na kilkunastu, potem na dziesięciu, wreszcie na sześciu kilometrach — chwila, a znalazło się na trzech. Było teraz większe, jak groszek widziany z odległości wyciągniętej ręki. Mgławe zaćmienia wciąż przesuwały się przez jego tarczę. Blask miało porównywalny z gwiazdami drugiej wielkości — ale było tarczką, nie punktem jak gwiazda.
