
AMU 111 dawał z siebie wszystko. Pirx był z niego dumny. W małej sterowni nic nie zadrżało nawet przy skoku na pełną moc — ani śladu wibracji! Odrzut był idealnie w osi, polerowanie dysz doskonałe, stos ciągnął jak szatan.
Światełko wciąż się zbliżało — teraz nadzwyczaj powoli. Było już o dwa kilometry — kiedy Pirx zaczął bardzo szybko myśleć.
Cała ta historia była bardzo dziwna. Światełko nie należało do żadnego ziemskiego statku. Kosmiczni korsarze? Śmiał się z nich. Nie ma żadnych kosmicznych korsarzy, a zresztą co by robili w sektorze bardziej pustym od starej beczki? Światełko poruszało się z wielką szybkością w szerokich granicach, miało zryw tak ostry jak hamowanie. Kiedy chciało, uciekało przed nim, a teraz dawało się z wolna doganiać. I to nie spodobało mu się najbardziej. Pomyślał, że tak zachowuje się — przynęta. Na przykład robaczek na haczyku przed samym nosem ryby.
I, oczywiście, natychmiast pomyślał o haczyku.
— Czekajże, kochany — powiedział do siebie Pirx i znienacka dał takie hamowanie, jakby właśnie wyskoczyła przed nim co najmniej planetoida — chociaż radar wciąż był pusty, a ekrany nie wskazywały nic. Mimo że odruchowo zgiął kark i przyciągnął brodą do piersi, jak mógł, czując zarazem, że automat błyskawicznie wypełnia jego kombinezon dodatkową porcją sprężonego tlenu, by przeciwdziałać szokowi deceleracji — na dobrą chwilę zamroczyło go.
Wskazówka grawimetru skoczyła na minus 7, zachybotała i spełzła powoli na minus 4. AMU 111 wytracił prawie trzecią część szybkości — robił już tylko 145 kilometrów na sekundę.
Gdzie było światełko? Przez moment zaniepokoił się, że w ogóle je zgubił. Nie, było. Ale daleko. Celownik optyczny pokazywał odległość — 240 kilometrów. Więcej przelatywał w dwu sekundach. A zatem — natychmiast po jego manewrze — ono też zredukowało gwałtownie szybkość!
