Tym razem dwójka trzymająca taran z przodu pokonała stopień znacznie sprawniej. Odniosłem wrażenie, że pod wpływem uderzenia kamienie zadrżały, a ze spoin posypał się biały pył. Jakiś krępy, brodaty mężczyzna przyłączył się do zasapanej czwórki. Trzecie uderzenie taranu nie było wcale głośniejsze, ale towarzyszył mu donośny trzask, przypominający odgłos, jaki wydają łamane kości.

— Jeszcze raz — powiedział alkad.

Miał rację. Kamień, w który trafił taran, wpadł do środka, pozostawiając dziurę wielkości ludzkiej głowy. Atakująca piątka zrezygnowała z rozbiegu, wybijali kolejne kamienie kołysząc taranem w przód i w tył, aż wreszcie otwór powiększył się na tyle, ze mógł się w nim zmieście dorosły człowiek.

Ktoś przyniósł pochodnie. Mały chłopiec pobiegł do sąsiedniego domostwa, aby zapalić je od kuchennego ognia. Płonące pochodnie trafiły do rąk ludzi uzbrojonych w halabardy i okute kije, lecz nie oni weszli jako pierwsi, tylko alkad, który — dając dowód większej odwagi, niż byłbym gotów przypuszczać, oceniając go po przebiegłym spojrzeniu — wydobył zza pasa krotką pałkę i zagłębił się w ziejącą czernią wyrwę w murze. Zaraz potem we wnętrzu chaty zniknęli mężczyźni z pochodniami, za nimi zaś zaczął cisnąc się tłum. Ponieważ wraz z Jonasem zajmowałem miejsce w pierwszym szeregu gapiów, niemal od razu znaleźliśmy się w środku.

Cuchnęło tam znacznie bardziej, niż się spodziewałem. Wszędzie walały się połamane meble, jakby Barnoch przed nadejściem murarzy pozamykał szafy, skrzynie i kredensy, oni zaś rozbili je wszystkie, by dobrać się do jego dobytku. Na kulawym stole dostrzegłem resztki wypalonej do cna świecy. Tłoczący się z tyłu ludzie pchali mnie naprzód, ja zaś ku swemu zdziwieniu stwierdziłem, ze staram się im oprzeć.

W głębi domu wybuchła wrzawa, zatupotały szybkie kroki, rozległ się krzyk, a zaraz potem dziki nieludzki wrzask.

— Mają go! — wykrzyknął ktoś za moimi plecami. Wiadomość szybko dotarła do tych przed chatą.



14 из 288