
Czasem, kiedy nasze myśli zajęte są bez reszty wspomnieniami, oczy — bez udziału woli — potrafią wyłowić spośród szczegółów jakiś przedmiot, prezentując go z ostrością niemożliwą do osiągnięcia nawet przy udziale największego skupienia. Tak właśnie stało się ze mną. Wśród mrowia twarzy za drzwiami chaty dostrzegłem jedną, zwróconą ku górze i oświetloną przez słońce. Była to twarz Agnii.
Rozdział III
Zielony człowiek
Niezwykła chwila zdawała się trwać całą wieczność, jakbyśmy my dwoje, a także wszyscy, którzy nas otaczali, znajdowali się na jakimś obrazie Twarz Agii, moje szeroko otwarte oczy. Tak właśnie trwaliśmy wśród kolorowego tłumu wieśniaków. Potem poruszyłem się, a ona zniknęła. Popędziłbym za mą, gdybym mógł, ale minęło co najmniej sto uderzeń serca, zanim zdołałem przepchać się przez tłum i dotrzeć do miejsca, w którym ją ujrzałem.
Lecz jej tam już nie było, a wokół mnie, niczym wzburzona woda wokół łodzi, kłębiły się ludzkie ciała. Kiedy Bamoch znalazł się w pełnym blasku dnia, zaczął przeraźliwie wrzeszczeć. Klepnąłem w ramię jednego z górników i wykrzyczałem mu do ucha pytanie, ale okazało się, ze nie zwrócił uwagi na stojącą obok niego młodą kobietę i nie miał zielonego pojęcia, dokąd mogła pójść. Przez jakiś czas przypatrywałem się uważnie podekscytowanej gromadzie podążającej za więźniem, a kiedy nabrałem pewności że Agii tam me ma, zacząłem przeszukiwać teren jarmarku, zaglądając do namiotów i kramów, wypytując o nią kobiety, które przyjechały na festyn, aby sprzedać wonny kardamonowy chleb, oraz ich mężów, zachwalających mięso niedawno ubitych zwierząt.
* * *
Kiedy teraz opisuję te wydarzenia, powoli przędąc nić cynobrowego atramentu w Domu Absolutu, wszystko wydaje się takie spokojne i uporządkowane.
