
– Szukałaś u kolegów? – zachowywał spokój, ale wszystko, co dotyczyło Klary, nawet po osiemnastu latach do dnia, w którym rzuciła go dla Roberta Windengraffa, budziło emocje. Chrząknął.
– Wszędzie byłam, do wszystkich dzwoniła… – mówiła przez łzy.
– Nikt go nie widział. Nikt noc nie słyszał…
– Natychmiast rozpoczynamy poszukiwania – obiecał.
– Dziękuję – ściszyła głos. – Dzwon do mnie, proszę.
– Będziemy w kontakcie.
– Ale wiesz, on nie wziął lekarstw – szepnęła. – A dziś jest pełnia…Ratuj Patricka – odłożyła słuchawkę.
Zaparkowany za posterunkiem śmigłowiec w kilka sekund był gotowy do lotu. Pilot, aspirant Colin Shue, czekał, aż szef zatrzaśnie drzwi kabiny, żeby poderwać maszynę z ziemi.
Najpierw sprawdzili brzegi stawu i rzeki, potem przelecieli nad polami w oku miasteczka, najwięcej czasu zajęło im przeszukiwanie lasu. Firewood, olbrzymi obszar pełen dzikiej zwierzyny, kilkusetnich drzew i niezbadanych skalnych zakamarków, rozciągał się na wschód od Woodstone. Policjanci badali każdą mile puszczy. Nie trafiwszy na nic, co by ich zainteresowało, Horn przypomniał sobie o Wild Rose.,, Pewnie tam go znajdziemy’’- pomyślał.
Pięć minut później na tyle zbliżyli się do polany, że widoczny z daleka jasny punkt stał się bardziej wyraźny i można było rozpoznać, co to jest. Horn nie miał wątpliwości.
– cholera – wycedził. Tylko czarne myśli przychodziły mu do głowy. – Obym się mylił.
Aspirant Shue jeszcze dobrze nie wylądował gdy Horn rozsuną drzwi helikoptera i wyskoczył na trawę.,,To nie może się stać! Klara tego nie przeżyje’’ -,,myślał, biegnąc wzdłuż światła reflektora.
Pochylił się nad nagim zakrwawionym ciałem. Trzema placami dotkną szyi chłopaka. Wstrzymał oddech.
– Żyje krzykną. – Colin! Nosze!
Nawet nie zauważył, jak okrągła tarcza księżyca schowała się za chmurami.
School bus zatrzymał się na rogu Aspen Street i Sun Squage.
