
Virgi zeszła na parter. W kuchni bezszelestnie krzątała się mama.
– Ciiii. Tata cała noc pracował, odsypia, bądź cicho Virginio – Judy Horn uśmiechnęła się do córki, która za mocno zamknęła lodówkę.
– Coś się stało?
– Nie wiem – postawiła przed dziewczyna płatki z mlekiem.
– Spałam, jak przyszedł. Powiedział, ze coś wróciło, nie wiem. A może mi się śniło…- wpiła resztę kawy. – Złożyczył pod adresem Windengraffa… – wzruszyła ramionami. – Później wyciągnę od taty więcej, teraz się spieszę. Wcześnie w tym roku przyszła jesień. Mam ze stu pacjentów – sprawdzała, czy wszystko, co potrzebne ma w torebce. – Nie spóźnij się do szkoły – rzuciła szeptem z holu.
Virgi dokończyła śniadanie i ruszyła na przystanek. W autobusie, tak jak od siedmiu lat, zajęła miejsce obok śniadej Sally Marshall.
– Słyszałaś o Patricku? – Sally szeptem powitała Virgi.
– Co? Nic nie wiem.
– Całe Woodstone o tym gada, a ty byś nic nie wiedziała?
– Naprawdę o niczym nie słyszałam – zapewniała Virgi.
– Nie wieże ci – Sally nie ustępowała. – Twój ojciec jest gliną. Na pewno przy śniadaniu puścił parę z gęby.
