Virginia Horn miała do domu jeszcze pięć minut piechotą. Szła jednak wolniej niż zwykle, nie zwracając uwagi, że wrześniowy wiatr, rozwiewa długie blond włosy. W głowie wciąż słyszała plotki, którymi od rana żyła szkoła, i chociaż powtarzało się w nich jej nazwisko, nie miał pojęcia o jakimkolwiek zajściu w Firwood. Przechodząc na ruga stronę Aspen Street odtwarzał w pamięci wydarzenia z ostatnich godzin. Wstało o siódmej. Zdziwiła się ze drzwi do sypialni rodziców są zamknięte. O tej porze szykowali się i robili sporo zamieszania. Ojciec biegał po piętrze, szukając kolejnych części garderoby, potem prasował koszule, narzekając na żelasko, czyścił mundur i buty, twierdząc, że z roku na rok pasty są coraz gorsze, a matka wykrzykując z dołu, przekonywała go, ze niema racji.

Virgi zeszła na parter. W kuchni bezszelestnie krzątała się mama.

– Ciiii. Tata cała noc pracował, odsypia, bądź cicho Virginio – Judy Horn uśmiechnęła się do córki, która za mocno zamknęła lodówkę.

– Coś się stało?

– Nie wiem – postawiła przed dziewczyna płatki z mlekiem.

– Spałam, jak przyszedł. Powiedział, ze coś wróciło, nie wiem. A może mi się śniło…- wpiła resztę kawy. – Złożyczył pod adresem Windengraffa… – wzruszyła ramionami. – Później wyciągnę od taty więcej, teraz się spieszę. Wcześnie w tym roku przyszła jesień. Mam ze stu pacjentów – sprawdzała, czy wszystko, co potrzebne ma w torebce. – Nie spóźnij się do szkoły – rzuciła szeptem z holu.

Virgi dokończyła śniadanie i ruszyła na przystanek. W autobusie, tak jak od siedmiu lat, zajęła miejsce obok śniadej Sally Marshall.

– Słyszałaś o Patricku? – Sally szeptem powitała Virgi.

– Co? Nic nie wiem.

– Całe Woodstone o tym gada, a ty byś nic nie wiedziała?

– Naprawdę o niczym nie słyszałam – zapewniała Virgi.

– Nie wieże ci – Sally nie ustępowała. – Twój ojciec jest gliną. Na pewno przy śniadaniu puścił parę z gęby.



3 из 15