
— Całkiem inaczej niż w domu, w naszym ukochanym mieście — mruknął Vimes niezupełnie pod nosem.
Patrycjusz rzucił mu obojętne spojrzenie.
— W Uberwaldzie nie ustała dawna niechęć między trollami i krasnoludami — ciągnął Marchewa. — Są tam duże obszary kontrolowane przez feudalne klany wampirów albo wilkołaków, są także trakty z o wiele wyższym niż normalne magicznym promieniowaniem tła. To bardzo chaotyczna kraina i czasem trudno uwierzyć, że jesteśmy już w Wieku Nietoperza. Trzeba jednak mieć nadzieję, że sytuacja się wkrótce poprawi i Uberwald szczęśliwie dołączy do wspólnoty narodów.
Vimes i Vetinari wymienili znaczące spojrzenia. Marchewa przemawiał czasem, jakby czytał wypracowanie o społeczeństwie, napisane przez naiwnego chłopca z chóru świątynnego.
— Dobrze pan to ujął — pochwalił Vetinari. — Jednak do tego radosnego dnia Uberwald pozostaje zagadką owiniętą w tajemnicę owiniętą w sekret.
— Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem — odezwał się Vimes. — Uberwald jest jak wielki klops z łojem, który wszyscy nagle zauważyli i teraz, kiedy ta koronacja daje pretekst, wszyscy musimy pędzić tam z nożem, widelcem i łyżką, żeby jak najwięcej załadować sobie na talerz?
— Pańska ocena realiów politycznych jest doprawdy mistrzowska, Vimes. Brakuje panu tylko odpowiedniego słownictwa. Ankh-Morpork musi, naturalnie, wysłać swojego przedstawiciela. Ambasadora, krótko mówiąc.
— Nie sugeruje pan chyba, że powinienem się zająć tą sprawą, prawda? — upewnił się Vimes.
— Och, nie mógłbym tam posłać komendanta Straży Miejskiej. Większość państewek Uberwaldu nie ma żadnej koncepcji nowoczesnych, cywilnych sił porządkowych.
Vimes odprężył się.
— Zamiast tego wysyłam diuka Ankh — ciągnął Patrycjusz. Vimes wyprostował się gwałtownie.
— Panują tam zasadniczo stosunki feudalne — kontynuował Vetinari. — Wielką wagę przywiązują do tytułów…
