
— Klatch? Przecież oni mają do Uberwaldu jeszcze dalej niż my! Po co zadają sobie trud?
Vimes przerwał na chwilę i zastanowił się.
— Ha! Byłem głupi. Gdzie są pieniądze?
— Słucham, komendancie?
— Tak mawiał mój dawny sierżant, kiedy czegoś nie rozumiał, sir. Trzeba odkryć, gdzie są pieniądze, i sprawa jest już w połowie rozwiązana.
Vetinari podniósł się i stanął przy wielkim oknie, plecami do nich.
— Uberwald to wielka kraina — powiedział, jakby zwracał się do szyby. — Mroczna. Tajemnicza. Starożytna…
— Wielkie, nietknięte złoża węgla i rud żelaza — dodał Marchewa. — I tłuszcz, naturalnie. Najlepsze świece, lampy oliwne i mydło pochodzą w ostatecznym rozrachunku ze złóż Schmaltzbergu.
— Dlaczego? Mamy przecież własne rzeźnie, prawda?
— Ankh-Morpork zużywa wiele świec, sir.
— Z całą pewnością nie zużywa wiele mydła — odparł Vimes.
— Wiele jest zastosowań dla tłuszczu i łoju, sir. Nie jesteśmy w stanie samodzielnie zaspokoić wszystkich potrzeb.
— Ach… — mruknął Vimes. Patrycjusz westchnął.
— Oczywiście mam nadzieję, że uda nam się wzmocnić powiązania handlowe z różnymi narodami w granicach Uberwaldu — powiedział. — Sytuacja tam jest w najwyższym stopniu niepewna. Jak dużo pan wie na temat Uberwaldu, komendancie?
Vimes, którego wiedza o geografii sięgała mikroskopijnych szczegółów w zasięgu pięciu mil od Ankh-Morpork, a była zwyczajnie mikroskopijna poza nim, niepewnie pokiwał głową.
— Tylko że właściwie to nie jest państwo — ciągnął Vetinari. — To…
— To raczej coś, co istnieje, zanim zaistnieją państwa — dokończył Marchewa. — Składa się głównie z ufortyfikowanych miast i posiadłości feudalnych, bez prawdziwych granic i z całą masą lasów pomiędzy. Zawsze trwają tam jakieś zatargi. Nie istnieje prawo inne niż stanowione przez lokalnych władców, i szerzy się wszelkiego rodzaju bandytyzm.
