
Wielu ludzi podróżowało tymi wozami. Był to środek lokomocji tani, wygodniejszy niż droga piechotą, no i w końcu docierało się na miejsce.
Niektórzy podróżowali za darmo.
Jeden woźnica miał problemy ze swoim zaprzęgiem. Zwierzęta były nerwowe. Nie dziwiłoby to w górach, gdzie bardzo wiele dzikich stworzeń mogłoby uznać wołu za wędrowny posiłek, ale tutaj nie było nic groźniejszego od kapusty.
Za plecami woźnicy, pomiędzy stosami desek, coś spało.
* * *
W Ankh-Morpork był to kolejny zwyczajny dzień… Sierżant Colon balansował na chwiejnej drabinie na końcu Mosiężnego Mostu, jednej z najbardziej ruchliwych arterii miasta. Jedną ręką trzymał się wysokiego słupa z umocowaną na górze skrzyneczką, drugą podsuwał domowej roboty album do szczeliny w przedniej ściance.
— A tu jest inny typ wozu — powiedział. — Zrozumiałeś?
— …k — odpowiedział cichutki głosik z wnętrza.
— To dobrze — mruknął sierżant Colon, wyraźnie zadowolony. Schował album i wskazał most.
— Widzisz te dwa białe znaki namalowane na bruku?
— …k.
— I oznaczają…?
— Jeśli-wóz-jedzie-między-nimi-mniej-niż-minutę-to-za-szybko — powtórzył głosik wcześniejsze instrukcje.
— Dobrze. A wtedy ty…
— Maluję-ob-razek.
— Uważając, żeby było widać…
— Twarz-woźnicy-albo-tablice-wozu.
— A nocą…
— Użyć-salamandry-żeby-było-wyraźne.
— Bardzo dobrze, Rodney. Ktoś z nas zjawi się tu raz dziennie i odbierze obrazki. Masz wszystko, co potrzebne?
— …k.
— Co to takiego, sierżancie?
Colon spojrzał w dół na bardzo dużą, brązową i skierowaną ku górze twarz. Uśmiechnął się.
