— Witaj, Cał — powiedział, schodząc z godnością po drabinie. — To, na co pan teraz patrzy, panie Jolson, to element nowoczesnego projektu „Straż na nowe milenienienum… nium”.

— Nie jest specjalnie straszne — zauważył Cał Jolson, przyglądając się krytycznie. — Widywałem straszniejsze.

— Straż jak w „Straż Miejska”, Cał.

— Aha, rozumiem.

— Niech ktokolwiek spróbuje tu jechać za szybko, a lord Vetinari obejrzy sobie rano jego obrazek. Ikonografy nie kłamią, Cał.

— Zgadza się, Fred. Bo są na to za głupie.

— Jego wysokość miał dosyć wozów pędzących po moście, rozumiesz, i prosił nas, żeby jakoś to rozwiązać. Jestem teraz Szefem Ruchu, Cał.

— To dobrze, Fred?

— No pewno! — zapewnił z satysfakcją sierżant Colon. — Do mnie należy ochrona tych, no… arterii miasta przed zablokowaniem, co doprowadziłoby do całkowitego załamania handlu i ruiny dla nas wszystkich. To najważniejsze z możliwych zadań, można powiedzieć.

— I tylko ty musisz je wykonywać?

— No, głównie. Głównie ja. Kapral Nobbs i inni chłopcy pomagają, oczywiście.

Cał Jolson podrapał się w nos.

— Bo ja właśnie chciałem z tobą pogadać na podobny temat, Fred.

— Nie ma problemu.

— Coś bardzo dziwnego pojawiło się przed moją restauracją, Fred.

Colon podążył za potężnym mężczyzną za róg. Zwykle lubił towarzystwo Cała, ponieważ przy nim wydawał się całkiem szczupły. Cał Jolson był człowiekiem, który figurował w atlasach i zmieniał orbity niewielkich planet. Kamienie bruku pękały pod jego stopami. W jednym ciele łączył — a było tam dość miejsca — najlepszego kucharza w Ankh-Morpork z najbardziej łakomym konsumentem, co stanowiło kombinację doprawdy stworzoną w niebie ziemniaczanego puree. Colon nie pamiętał nawet, jak Jolson ma na imię. Przydomek zyskał przez aklamację, ponieważ nikt, kto widział go na ulicy, nie mógł uwierzyć, że cały ten obiekt jest Jolsonem.



3 из 329