
Najciekawszą postacią w całym tym towarzystwie był chyba Denningham. Pisarz, podróżnik, wizjoner, bywał na zmianę ozdobą snobistycznych salonów i zakazanych melin. Swego czasu kandydował do Literackiej Nagrody Nobla, ale odpadł, powinęła mu się noga również w polityce. Do ekologistów przystał niedawno, ale od razu dał się poznać biorąc udział w błyskotliwych kampaniach przeciwko zbyt liberalnemu, wobec wielkich korporacji, ustawodawstwu w USA. Złośliwi twierdzili, że uwodzi pannę Bernini, żyje z Gardinerem, modli się u Lindorfa, robi interesy z Ziu-Dongiem i z przyjemnością nabija się z safandułowatego Tardiego. Może była to prawda. Żywy jak rtęć Burt lubił wszystko, od wyścigów konnych do rybek akwariowych, i w równym stopniu znał się na filatelistyce jak i na uprawie orzeszków ziemnych. Ochotniczo walczył na Bliskim Wschodzie, przeżył parę lat w gminie wegetarianów, a nawet grał w dwóch filmach jako kaskader.
– Panowie, przepraszam Mario, pani i panowie – mówił, niedbale wymachując cygarem – pozwoliłem sobie zaprosić was tutaj w trybie pilnym, ponieważ mam dla was ofertę nie do odrzucenia.
– Nasze spotkania są źle widziane w Konwencie – zarzucają nam nieformalne konspiratorstwo – bąknął Lindorf.
– Konwent? Proszę nie wspominać mi o tych nudziarzach. Moja oferta dotyczy stawki, o jakiej nie śniło się nikomu z nas.
– To znaczy?
– Możemy dokonać wielkiej zmiany. Doprowadzić do odwrócenia biegu wydarzeń prowadzącego nas dzisiaj do ekologicznej zagłady.
– Tak od razu? – uśmiechnął się ironicznie Gardiner – przecież to niewykonalne.
– Wykonalne. Potrzebujemy do tego małego drobiażdżku.
