
– Co znów takiego zabrała?
– Białe prześcieradło i własnoręcznie sporządzony wianek…
Lion Groner biegł wąskim pasażem, a właściwie wielkomiejską rozpadliną na tyłach magazynów. Przewidział tę drogę ewakuacji, czyjaś usłużna ręka usunęła w odpowiednim momencie remontowe szalunki przegradzające przesmyk, ktoś otworzył zamknięte od lat stalowe drzwi. Toteż wystarczyło kilkanaście minut, aby oddalić się od placyku ogarniętego pożogą i palbą. Wysoko w górze krążył helikopter. Czy mógł jednak wypatrzeć dwie postacie przemykające w głębokim cieniu wielkomiejskich zakamarków? Za Lionem biegła Diana. Podobnie jak on pozbyła się kostiumu, nie przypominała już Greczynki. Była normalną dziewczyną w dżinsach i tenisówkach. Sam prorok odrzucił siwą perukę, nałożył okulary. Wyglądał jak schludny urzędnik niższej kategorii. W jego stroju trudno byłoby dostrzec jakikolwiek element ekstrawagancji. Groner zwolnił kroku i po chwili oboje znaleźli się na normalnej wielkomiejskiej ulicy. Trwał na niej codzienny ruch i tylko przelatujące karetki, a później naładowane wojskiem ciężarówki, wzbudzały zainteresowanie i niepokój przechodniów. Obok snack baru MacDonalda Lion pożegnał Dianę – wskoczyła do podjeżdżającej taksówki. Potem rozejrzał się. Nie dostrzegł nic podejrzanego, przeszedł więc na drugą stronę ulicy i minął dom towarowy. Sto metrów dalej dojrzał jak dwa wozy policyjne hamują z piskiem, tarasując ulicę. Aha, zdecydowali się na obławę. Bez namysłu skręcił ku wejściu do podziemnego garażu. I wtedy zauważył, że ktoś za nim idzie. Musiał to być młody, niedoświadczony funkcjonariusz. Groner pozwolił mu iść za sobą aż na dolny poziom garaży, potem zaczekał. Cios noża załatwił sprawę. Całkiem spokojnie wjechał windą na kondygnację C. Zapalił papierosa. Popatrzył na zegarek. Spóźniali się. Ale już na zakręcie błysnęły światła. Jeszcze chwila, a tuż przed nim zahamowała lśniąca limuzyna.
– Wsiadaj i kładź się na tylnym siedzeniu – warknął sierżant za kierownicą.
