
– Cholera! – woła Bonnard. – Pan przekonywał, że nie będą uzbrojeni. Oto do czego prowadzą pańskie eksperymenty profesorze.
Levecque nie odpowiada, obserwuje widowisko pełen rezerwy. Człowiek-Cytryna łączy się z grupą operacyjną. Wrzeszczy coś na temat wydania ostrej amunicji. Na tarasie kawiarni niezmordowanie pracują kamery. Parę stacji przerwało normalny program i transmituje batalię na żywo. Dobrze, ludziom przyda się ten wstrząs. Nareszcie zobaczą prawdziwą twarz ekologistów.
Dziewczyna i prorok zniknęli już z pola widzenia. Gelder klnie.
– Do diabła, nie można pozwolić, żeby się wymknęli! Tymczasem plastikowa fala załamała się. Na asfalcie leżą drgające trupy niczym konające kraby pozostawione przez odpływ na plaży. Wyją syreny nadjeżdżających karetek. Druga część placu usłana jest białymi strojami Arkadyjczyków. Zrzucili przebrania, wtopili się w uciekającą ciżbę. Daleko nie ujdą, ulice zablokowane.
W głębi pokoju zaadaptowanego na Centrum dyspozycyjne odzywa się wideotelefon. Bonnard krzywi się. Akurat teraz przypomniała sobie o nim rodzina. Na ekranie pojawia się skromna postać gosposi. Jest wyraźnie zaniepokojona. Czując na sobie wzrok, komisarz szybko gasi ekran i bierze słuchawkę.
– O co chodzi, jestem zajęty.
– Panienka, panienka – powtarza jękliwie służąca.
– Co znowu?
– Nie wróciła do domu…
– To się zdarza, ma już skończone szesnaście lat.
– Ale zabrała z sobą, zabrała z sobą…
