
Teraz jednak miał silne przeczucie, że może sobie gadać, ile tylko zechce — nikt nie będzie go słuchał. Co do ucieczki, musiał polegać na podskakiwaniu.
Zauważył w kącie miotłę i drewniany cebrzyk do karmienia zwierząt. Koniec miotły wcisnął sobie pod pachę jak kulę, chwycił cebrzyk. Ciężkie kroki zbliżyły się do bramy stajni. A kiedy wrota się otworzyły, uderzył cebrzykiem jak najmocniej. Drzazgi pofrunęły na wszystkie strony. Chwilę później zabrzmiał głuchy łomot padającego na ziemię ciała.
Moist przeskoczył nad nim i niepewnie pokuśtykał w ciemność.
Coś twardego i mocnego jak pierścień blokady pochwyciło go nagle za zdrową kostkę. Przez chwilę trzymał się jeszcze miotły, ale w końcu upadł.
— Mam Dla Pana Uczucia Jedynie Sympatii, Panie Lipwig! — usłyszał huczący, uprzejmy głos.
Jęknął. Tę miotłę trzymali tu pewnie dla ozdoby, ponieważ z całą pewnością nie była często używana na osadach z nawierzchni dziedzińca. Zaletą tego był fakt, że upadł w coś miękkiego. Wadą — że upadł w coś miękkiego.
Ktoś złapał go za klapy i uniósł z nawozu.
— No To Wstajemy, Panie Lipwig!
— To się wymawia Lipvig, ty durniu! — stęknął Moist. — Przez v, nie przez w!
— No To Vstajemy, Panie Lipvig! — poprawił się potężny głos.
Moist poczuł, że ktoś wciska mu miotłę pod pachę.
— Coś ty za jeden, u licha? — wykrztusił.
— Jestem Pańskim Kuratorem Sądovym, Panie Lipvig!
Moist zdołał się odwrócić i spojrzał w górę, a potem jeszcze wyżej, na oblicze jak u piernikowego ludzika, z parą rozjarzonych czerwonych ślepi. Kiedy stwór mówił, usta pozwalały zajrzeć w ogniste piekło.
— Golem? Jesteś przeklętym golemem!
Stwór podniósł go jedną ręką i zarzucił sobie na ramię. Potem pochylił się we wrotach stajni i Moist, głową w dół, z nosem wciśniętym w terakotowy korpus, uświadomił sobie, że golem w drugą rękę chwyta konia. Usłyszał krótkie rżenie.
