
— Nie Może Pan Uciekać I Nie Może Się Pan Chować, Panie Lipwig!
Zaraz, zaraz, przecież nikomu tutaj nie podał swojego prawdziwego nazwiska, prawda? Ale wszystkie te myśli toczyły się gdzieś w tle. Ktoś go ścigał, a więc trzeba uciekać. A raczej odskakiwać.
Kiedy dotarł do tylnej bramy, prowadzącej do stajni, zaryzykował spojrzenie za siebie. W jego pokoju coś jarzyło się czerwienią. Przecież chyba nie chcą spalić tej gospody z powodu kilku dolarów? To głupie! Wszyscy wiedzą, że jeśli wciśnie się człowiekowi dobrą podróbkę, ten ktoś usiłuje ją jak najszybciej pchnąć innemu naiwniakowi, prawda? Ale niektórzy są odporni na wiedzę…
Jego koń był jedynym w stajni i przybycie właściciela nie zrobiło na nim wrażenia. Skacząc na jednej nodze, Moist założył mu uzdę. Nie warto było przejmować się siodłem. Potrafił jeździć bez siodła. Do licha, kiedyś jechał też bez spodni, ale na szczęście smoła i pierze pomogły utrzymać się na końskim grzbiecie. Był mistrzem w pospiesznym opuszczaniu miast.
Kiedy spróbował wyprowadzić zwierzę z boksu, usłyszał brzęk.
Spojrzał w dół i odgarnął trochę siana.
Zobaczył jaskrawożółty pręt łączący dwa krótkie kawałki łańcucha z żółtymi zamykanymi pierścieniami, po jednym na każdą przednią nogę. Koń, by się poruszać, musiałby podskakiwać — tak samo jak on.
Zaklamrowali go! Założyli blokadę, dranie!
— Och, Panie Lipppppwig! — Głos odbił się echem na dziedzińcu przed stajnią. — Chce Pan Poznać Reguły, Panie Lipwig?
Moist rozejrzał się w desperacji. Nie zauważył tu nic, czego mógłby użyć jako broni, a zresztą broń budziła w nim zdenerwowanie — dlatego nigdy jej nie nosił. Broń zbyt wysoko podnosiła stawkę. O wiele lepiej polegać na umiejętności gładkiego gadania i mącenia sprawy, a jeśli to nie pomoże — na butach z dobrymi podeszwami i okrzyku „Patrzcie, co tam jest!”.
