
— Zyski nie są bez znaczenia.
Ghin wydął nozdrza. Tak, jak się spodziewał, młody głupiec zrobił unik.
— Barwhon również.
— Niestety, Ziemianie ponieśli tam ciężkie straty. — Twarz Tirianina przybrała wyraz, który podpatrzył u ludzi — oczy o kocich źrenicach i pionowych powiekach szeroko się otworzyły, szeroka, ruchliwa żuchwa opadła i odsłoniła podobne do rekinich zęby. Opuścił nawet uszy. Był to subtelny i efektowny sposób wyrażania emocji, trudny do skopiowania. Ludzie też załamaliby się w obliczu pozornej klęski. Smutek nie był uczuciem znanym Darhelom. Nienawiść? Tak. Gniew? Na pewno. Smutek? Nie.
Ghin rozmyślał przez chwilę o swoich własnych planach. Wiedział, że nie można polegać tylko na spiskowaniu; najważniejsze było dogłębne zrozumienie rzeczywistości. To, że ten młody głupiec wspiął się tak wysoko dowodziło, że opozycja osłabła.
Albo było częścią skomplikowanej intrygi.
Ghin wydął w myślach nozdrza. Nie. Nie ma w tym żadnej intrygi. Jego własne plany otwierały drzwi jego przyszłym zamierzeniom i odcinały wszystkie drogi młodemu głupcowi. Jego podejście nie miało słabych punktów. Poczuł przyjemne ciepło, kiedy to sobie uświadomił.
— Twój plan wymaga pewnych… poprawek? Na Diess przeszkodził wam zaledwie jeden Ziemianin.
— Tak, Ghinie — zgodził się Tirianin. Zastawił pułapkę, a stary głupiec wlazł w sam jej środek. — Obawiam się, że następna faza planu będzie wymagała mojej obecności na Ziemi.
— To znaczy?
Ghin zastawił pułapkę targan i czekał na zdobycz.
Twarz Tirianina stała się jeszcze bardziej nieprzenikniona. Następna faza była oczywista. Nawet dla tego starego głupca.
— Ziemianie muszą wstąpić na ścieżkę prowadzącą do oświecenia. Indywidualizm jest przeszkodą na drodze do jedności i trzeba go przezwyciężyć.
