— Jak proponujesz to osiągnąć? — Ghin znów zastrzygł uszami, w ten sam rozmyślnie dwuznaczny sposób.

— Opisanie wszystkich dróg do sukcesu zajęłoby wiele dni. Dość powiedzieć, że Ziemianie muszą stać się pionkami na Ścieżce do Oświecenia. Ich mit indywidualności musi zostać zniszczony, a wraz z nim ich namiętności. Namiętność nie sprzyja naszym obecnym przedsięwzięciom. Nie jest też drogą do oświecenia.

Tirianin przerwał. Lekko drżał.

— Czas bohaterów minął. A zwłaszcza czas niektórych osobników.

Tirianin był mistrzem panowania nad mimiką twarzy, ale nadal nie kontrolował zbyt dobrze mowy ciała. Głęboki oddech i drżenie mięśni górnych kończyn zdradzały wzbierający w nim gniew.

Młody głupiec był na skraju lintatai. Ghin przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy. Tirianin zbyt długo czytał swoje raporty i analizy. Zapomniał, że pod cienką powłoką cywilizacji serce Darhela jest sercem wojownika. Z tym właśnie się zmagał i to właśnie podpowiadało Ghinowi, że jego przeciwnik bardzo się przeliczył. Ziemianie nie dadzą się tak łatwo podporządkować władzy Darhelów.

— Cieszy mnie, że nasz lud ma tak wspaniałych przywódców — powiedział. Również skopiował ludzki grymas — jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, ukazując w całej okazałości lśniące kły mięsożercy. Indowy zamknęli ze strachu oczy i odwrócili twarze. Nie byli tak głupi, żeby uciekać albo w jakiś inny sposób zawstydzać darhelskich władców, ale widok ten został im przed oczami na zawsze.

— Nasza przyszłość jest w dobrych rękach.

1

Kabul legł u naszych stóp, Już brzmią trąby, błyska miecz, Lecz bym stracił owy gród, Hen od brodu idąc precz. Bród, bród, bród na rzece Kabul, Bród na rzece Kabul w ciemną noc!


3 из 636