
– Uważaj na siebie, Salvo. To naprawdę zła bestia.
Kiedy wracał powoli do domu, zobaczył, że jadący za nim Gege daje mu światłami jakieś znaki. Zjechał na pobocze. Gege zrównał się z nim i wychylił całym tułowiem ku okienku po stronie Montalbana, podając mu paczuszkę.
– Zapomniałbym o cieście.
– Dziękuję. Już myślałem, że to była wymówka, pretekst.
– Za kogo mnie masz? Za kogoś, kto mówi co innego, niż myśli?
I ruszył naburmuszony.
Ta noc wręcz wołała o pomstę do nieba. Na początku komisarzowi przyszło do głowy, żeby zadzwonić do kwestora, obudzić go i o wszystkim poinformować, zabezpieczając się w ten sposób przed domniemanymi następstwami, jakie mogła pociągnąć za sobą cała ta historia. Jednak Tano – zgodnie z tym, co przekazał Gege – z miejsca rozstrzygnął jakiekolwiek wątpliwości: Montalbano miał siedzieć cicho i przyjść na spotkanie bez obstawy. Tu jednak nie chodziło o zabawę w policjantów i złodziei, jego obowiązkiem było zawiadomienie przełożonych, wspólne drobiazgowe przygotowanie zasadzki i dokonanie aresztowania, być może przy znacznym wsparciu. Tano ukrywał się od prawie dziesięciu lat, a on, ot tak sobie, miał iść na spotkanie – jak gdyby „Grek” był przyjacielem, który właśnie wrócił z Ameryki. Nie ma mowy, to nie wchodzi w rachubę, kwestor musi absolutnie o wszystkim wiedzieć. Komisarz wykręcił numer swojego przełożonego w Montelusie, stolicy prowincji.
– To ty, kochanie? – usłyszał głos Livii, która przecież była w Boccadasse, niedaleko Genui.
