
2
Montalbano odwrócił się powoli, tłumiąc nagły atak ślepej furii – pozwolił się podejść od tyłu jak żółtodziób! Choć zachowywał najwyższą czujność, nie udało mu się usłyszeć najmniejszego szmeru.
„Jeden zero dla ciebie, sukinsynu!” – pomyślał.
Pomimo że dotychczas nigdy się nie spotkali, natychmiast rozpoznał Tana: na fotografiach sprzed kilku lat nie miał jeszcze brody i wąsów, ale oczy pozostały takie same, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, „z kamienia”, jak trafnie określił je Gege.
Tano ukłonił się lekko i nie było w tym geście nawet najmniejszej kpiny czy ironii. Montalbano odruchowo odwzajemnił ukłon. Tano odchylił głowę i zaśmiał się.
– Wyglądamy jak dwaj Japończycy, ci wojownicy z mieczami i w zbrojach. Jak oni się nazywają?
– Samuraje.
Tano rozłożył ramiona, jak gdyby chciał objąć stojącego przed nim mężczyznę.
– Co za przyjemność poznać osobiście słynnego komisarza Montalbano.
Montalbano postanowił nie bawić się w ceregiele i przejść od razu do sedna, żeby nadać spotkaniu właściwy charakter.
– Nie wiem, jaką przyjemność może pan wynieść z osobistej znajomości ze mną.
– Jednej przyjemności już pozwala mi pan doświadczyć.
– To znaczy?
– Mówiąc mi per pan. Czy to mało? Ani jeden gliniarz, a spotkałem ich już wielu, nie zwracał się do mnie w ten sposób.
– Zdaje pan sobie sprawę – przynajmniej mam taką nadzieję – że reprezentuję prawo, podczas gdy pan jest groźnym przestępcą, wielokrotnym mordercą. A spotykamy się twarzą w twarz.
– Ja jestem bez broni, a pan?
