
Kiedy jednak rozpoznał głos w słuchawce, prawie zakrztusił się kawą.
— Cześć Mike, mówi Jack.
Z hukiem zdjął nogi z biurka i strącił przy tym książkę „XML dla laików”.
— Dzień dobry, sir, jak się pan miewa?
Nie rozmawiał ze swoim byłym szefem od prawie dwóch lat.
— Dosyć dobrze. Mike, będziesz mi potrzebny w McPherson w poniedziałek rano.
Co?!
— Sir, minęło osiem lat. Nie pracuję już dla wojska.
Odruch Pawłowa sprawił, że zaczął układać w myśli listę rzeczy, które musiałby zabrać ze sobą.
— Już rozmawiałem z prezesem twojej firmy. To nie jest na razie oficjalne wezwanie…
Podoba mi się ta ukryta groźba, szefie, pomyślał Mike.
— … ale zaznaczyłem, że i tak możesz wrócić na mocy Ustawy o Żołnierzach i Marynarzach.
Tak, to cały Jack. Stokrotne dzięki, szefuńciu.
— Wygląda na to, że nie będzie z tym problemu. Prezes wydawał się tylko trochę zmartwiony, że straci cię właśnie teraz. Najwyraźniej dostał jakieś nowe zlecenie i bardzo mu zależało, żebyś się tym zajął.
Tak! Mike roześmiał się w duchu. Mamy uaktualnić strony „First Onion”. Było to bardzo atrakcyjne zlecenie, za którym firma goniła prawie od roku. Kontrakt gwarantował co najmniej dobre dwa lata dochodowej pracy.
— Ale przekonałem go, że tak będzie najlepiej — ciągnął generał.
Mike słyszał w tle rozmowy, kilka innych przyciszonych głosów. Miał wrażenie, jakby generał dzwonił z telefonicznej agencji towarzyskiej albo jakby kilka oddziałów wojska odbywało w tym samym czasie podobne rozmowy.
— O co w tym wszystkim chodzi, sir?
Odpowiedzią było milczenie. Męski głos w tle zaczął krzyczeć. Ktoś najwyraźniej nie był zadowolony z tego, co usłyszał od swojego rozmówcy.
— Niech zgadnę. Tajna operacja?
Udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi na to pytanie oznaczałoby pogwałcenie operacyjnych zasad bezpieczeństwa. Mike zdrapał plamkę tuszu z lakierowanego blatu biurka i znowu chwycił przyrząd do gimnastyki.
