
O ile Mike rzeczywiście miał zadbane włosy, to jednak nie grywał w golfa ani w tenisa, ponadto był brzydki jak troll i niski jak krasnolud. Pomimo to wytrwale piął się po szczeblach kariery zawodowej. Ostatnio zamiast awansu dostał nieoczekiwaną podwyżkę, co piekielnie go zaskoczyło. Krążyły też plotki o możliwości dalszej poprawy jego sytuacji.
Biuro, do którego się wprowadził, nie było duże. Ledwo starczało miejsca, żeby okręcić się w obrotowym fotelu.
Pomieszczenie znajdowało się tuż obok stołówki, więc kilka razy dziennie wypełniał je zapach prażonej kukurydzy.
Ale jednak było to biuro, a to oznaczało niemal wszystko. Ktoś dyskretnie przygotowywał go do czegoś, a on tylko miał nadzieję, że nie na gilotynę. Było to mało prawdopodobne — był typem człowieka, którego potrzebowała każda firma.
Był wściekły. Zbyt dużo dodatków na stronie internetowej najnowszego klienta okropnie spowalniało wczytywanie witryny. Niestety klient nalegał na pozostawienie tych „niewielkich” fragmentów kodu, które tak bardzo obciążały stronę, a Mike miał się teraz zastanowić, jak rozwiązać ten problem.
Usiadł i oparł stopy na blacie przeładowanego biurka. Bawiąc się przyrządem do gimnastyki dłoni, popatrzył na plakat „Tick” na suficie i pomyślał o zbliżającym się urlopie. Jeszcze tylko dwa tygodnie i będzie surfował po błękitnym oceanie, pił zimne piwo i podziwiał rafy koralowe. Powinienem był wstąpić do Komanda Foki, pomyślał.
Na jego twarzy malował się wysiłek wywołany ćwiczeniami. Mógłbym zostać instruktorem surfingu. Sharon dobrze wygląda w bikini.
Wypił łyk starej, wystudzonej kawy i właśnie zaczął smętnie rozmyślać nad przekształceniem skryptu Java, kiedy zadzwonił telefon.
— Michael O’Neal, dział projektów publikacyjnych, czym mogę służyć?
Odebrał telefon i wypowiedział standardową formułkę powitalną, zanim jeszcze otrząsnął się z zamyślenia.
