
Była wysoką, szczupłą kobietą o kruczoczarnych włosach i dużych, jędrnych piersiach. Nawet po urodzeniu dwójki dzieci poruszała się z gracją tancerki, którą była, zanim się poznali. Zapisała się wtedy na siłownię, w której pracował, żeby poprawić sprawność swoich mięśni. W całym klubie Mike najlepiej potrafił wytrenować mięśnie, więc przydzielono ją właśnie jemu. Dalej wypadki potoczyły się same i oto teraz po ośmiu latach wciąż byli razem.
Czasami Mike zastanawiał się, co ją przy nim trzymało. Wiedział także, że trzeba by użyć łomu, żeby go z nią rozdzielić. Albo przynajmniej odwołać się do jego poczucia żołnierskiego obowiązku.
— Twój agent zadzwonił do mnie do pracy — powiedziała. — Twierdzi, że cię nie było.
— Ach tak? — miał nadzieję, że tą odpowiedzią wykręci się od wyjaśnień.
Od jakiegoś czasu burczało mu w brzuchu. Wyjął z lodówki butelkę krajowego Chardonnay i zaczął rozglądać się za korkociągiem.
Oparła się o stół i spojrzała na niego uważnie. Wydzielał same złe fluidy.
— Jesteś dziś wcześnie w domu — stwierdziła, splatając ręce na piersi. — Co się stało?
Zyskał na czasie, wyciągając korek i nalewając jej kieliszek wina.
— Co?
Spojrzała podejrzliwie na Chardonnay, jakby się obawiała, że jest zatrute. Po sześciu latach małżeństwa niewiele dawało się przed nią ukryć. Mogła nie wiedzieć dokładnie, o co chodzi, ale była pewna, że o nic dobrego.
— A, nic się nie stało, naprawdę — powiedział i pociągnął łyk piwa domowej roboty. Miał wrażenie, że łagodny specyfik jest ciężki jak ołów, a zaraz potem poczuł nerwowe skurcze żołądka. Sharon zaczynała się już naprawdę wściekać.
— Cholera, wykrztuś to wreszcie — wrzasnęła. — Wylali cię czy co?
— Nie, nie, przywrócili mnie z powrotem. Tak jakby.
Odwrócił się przodem do kuchenki i zaczął przecedzać makaron al dente.
