
Robert Sheckley
Pijawka
Frank Conners wyszedł na werandę i dwa razy cicho kaszlnął.
— Proszę wybaczyć, profesorze — powiedział. Długonogi mężczyzna, leżący na składanym łóżku, nawet nie poruszył się i chrapał dalej.
— Nie chciałbym pana niepokoić. — Conners ze wzruszenia przesunął wyświechtaną czapkę na tył głowy. — Ja wiem, że jest to tydzień pana odpoczynku, ale tam w rowie leży jakieś świństwo…
Jedna brew śpiącego z lekka się uniosła.
Frank Conners jeszcze raz kaszlnął. Na jego ręce ściskającej uchwyt łopaty wystąpiły starcze żyły.
— Słyszy pan, profesorze?
— Oczywiście, wszystko słyszę — wymamrotał Mikehill nie otwierając oczu. — Znalazłeś elfa?
— Co? — zapytał Conners, z wysiłkiem marszcząc czoło.
— Maleńki ludzik w czerwonym serdaczku. Daj mu mleka, Conners.
— Nie, proszę pana. To jakiś kamień. Profesor otworzył jedno oko.
— Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana niepokoić — usprawiedliwiał się Conners.
— No więc?
— Nie odważyłbym się niepokoić pana głupstwami, ale ten diabelski kamień stopił mi łopatę…
Profesor od razu otworzył oczy. Conners pokazał mu łopatę. lej metalowa część była równiutko przecięta. Mikehill raźno opuścił nogi z łóżka i wsunął je w przydeptane mokasyny.
— Idziemy — powiedział wstając. — Zobaczymy, co to za cudo.
„Cudo” leżało w przydrożnym rowie oddzielającym łączkę koło domu od autostrady biegnącej do Nowego Jorku. Zwykły kamień grubości trzech cali. Na ciemnoszarej powierzchni miał mnóstwo splątanych, drobnych żyłek.
— Proszę nie dotykać — uprzedził Conners.
— Nie mam zamiaru. Daj mi łopatę. — Mikehill wziął łopatę i dotknął nią zagadkowego przedmiotu. Był rzeczywiście twardy jak kamień. Przez pewien czas profesor trzymał łopatę przytkniętą do jego powierzchni, ale kiedy odjął ją, jeszcze jeden cal metalu zniknął.
