
— Proszę spróbować.
Głos Briona był cichy, prawie jak szept. Jego pięści byty jednak zaciśnięte, a mięśnie napięte, kiedy patrzył gniewnie na kapitana, który odwzajemniał jego spojrzenie. Carver ruszył do przodu kuśtykając i z trudem wcisnął się między nich.
— To zaszło już za daleko — powiedział. — Zmuszony jestem interweniować, zanim będzie za późno. Brandd, proszę iść do doktor Morees. Natychmiast.
Brion wziął głęboki oddech i rozluźnił mięśnie. Carver miał rację, niemniej Brion żałował, że kapitan nie spróbował i nie dał mu szansy rozstrzygnięcia sprawy. Obrócił się na pięcie i podszedł do Lei, która siedziała w pobliżu na przymocowanym do ściany fotelu. Gdy tylko Brion i kapitan zostali rozdzieleni, Carver sięgnął zdrową ręką do bocznej kieszeni i wyjął z niej kartkę papieru, rzucił na nią przelotne spojrzenie i schował ją z powrotem.
— Mieliśmy nadzieję, że zgodzi się pan z własnej woli, kapitanie MLuta. Teraz, dobrowolnie czy nie, pomoże nam pan.
— Oficer wachtowy — powiedział kapitan do mikrofonu na kołnierzu. — Natychmiast na mostek z trzema ludźmi. Uzbrojonymi!
— Proszę zaraz odwołać ten rozkaz — powiedział Carver zdenerwowany. — Proszę za pomocą radiostacji nadświetlnej skontaktować się ze swoją bazą. Niech pan poprosi o Kod Dp — L.
Kapitan odwrócił się gwałtownie i pochylił nad kaleką.
— Skąd pan ma ten kod? — rzucił ostro. — Kim pan — Żadnych dalszych pytań, jeśli łaska. Niech pan połączy się z nimi i powie, że nazywam się Carver. Proszę im powiedzieć, że jestem tu z panem.
Kapitan nie odpowiedział, ale wszyscy troje usłyszeli, jak odwołuje wezwanie o zbrojne wsparcie.
— Co to za czary? — zapytał Brion, kiedy Carver opadł ciężko na fotel obok.
— To kopniak, a nie czary. Roodepoort, rodzinna planeta kapitana, należy do tych, które wiele zawdzięczają Fundacji. Być może jej mieszkańcy nie wiedzą o tym, ale rząd wie. Płacą nam co roku całkowicie dobrowolnie duże datki.
