
Gniewne głosy wyrwały Briona z głębokiego, wywołanego zmęczeniem snu. Słowa były wypowiadane szeptem, ale słyszał je wyraźnie — dwa głosy tuż za cienkimi, metalowymi drzwiami. Ktoś wymówił jego nazwisko.
— …Brion Brandd. Jasne, że nie. Ktokolwiek powiedział ci, że możesz, popełnił błąd, i będą z tego kłopoty…
— Nie bądź idiotą! — uciął szorstko drugi głos, wyraźnie nawykły do wydawania rozkazów. — Przyszedłem tu, ponieważ sprawa jest niezwykłej wagi i muszę się widzieć z Branddem. Zejdź mi z drogi!
— Twenties…
— Ni cholery nie obchodzą mnie wasze zawody, burzliwe oklaski i treningi. Nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie miał ważnej sprawy!
Ten drugi — z pewnością jeden ze strażników — nie odezwał się, ale zapewne wyciągnął broń, bo intruz powiedział pospiesznie:
— Schowaj to. Jesteś głupcem!
— Wynocha! — padła warkliwa odpowiedź. Później zapadła cisza i zdziwiony Brion znów zasnął.
— Dziesięć sekund.
Głos uciął wspomnienia i Brion pozwolił, by wróciła mu świadomość. Z niezadowoleniem zdał sobie sprawę z tego, że jest zupełnie wyczerpany. Miesiąc nieustannych zmagań fizycznych i psychicznych wyraźnie dawał mu się we znaki. Trudno mu będzie utrzymać się na nogach, a jeszcze trudniej zebrać siły, żeby walczyć dalej i zdobyć punkt.
— Jak stoimy? — spytał sekundanta, który miętosił jego obolałe mięśnie.
— Cztery-cztery. Żeby wygrać, potrzebujesz tylko jednego punktu.
— Jemu też tylko tyle trzeba — mruknął, otwierając oczy, by spojrzeć na żylastego olbrzyma na drugim końcu długiej maty. Nikt, kto doszedł do finału Zawodów, nie mógł być słabym przeciwnikiem, ale ten, Irlog, był wyjątkowym okazem: rudowłosy wielkolud, najwidoczniej posiadający niespożyty zapas sił. A teraz już tylko to się liczyło. W ostatniej rundzie szermierczego spotkania nie będzie wiele finezji. Tylko sztych i zastawa, i zwycięstwo dla silniejszego.
