
Niedługo przed świtem ból głowy przywrócił mu przytomność. Był owinięty w jakieś śmierdzące skóry, które chroniły jego ciało przed utratą tej niewielkiej ilości ciepła, jakie w nim pozostało. Odsunął duszące go fałdy, które przykrywały mu twarz i popatrzył na gwiazdy, zimne punkciki światła migoczące w mroźnej nocy. Powietrze działało orzeźwiająco, więc wdychał je głębokimi haustami, które paliły w gardle, ale zdawały się oczyszczać umysł. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że jego poprzednie oszołomienie było rezultatem uderzenia w głowę podczas katastrofy statku. Pod palcami czuł na czaszce poprzednią niemożność poruszania się i spójnego myślenia. Zimne powietrze szczypało go w twarz i chętnie naciągnął na głowę włochatą skórę.
Zastanawiał się, jakie były losy Mikaha Samona po tym, jak miejscowy bandzior w koszmarnym ubranku zdzielił go pałą. Był to niesympatyczny i trudny do przewidzenia koniec dla kogoś, kto zdołał przeżyć rozbicie się statku. Jason nie pałał szczególną miłością do tego niedożywionego fanatyka, ale bądź co bądź zawdzięczał mu życie. Mikah ocalił go po to tylko, by zginąć z ręki mordercy.
Jason zanotował sobie w pamięci, że musi zabić tego człowieka natychmiast, gdy tylko będzie do tego zdolny, choć jednocześnie z niejakim zdziwieniem zauważył pojawienie się w jego psychice owej afirmacji krwawego zadośćuczynienia — życie za życie. Najwidoczniej jego długi pobyt na Pyrrusie przytłumił cechującą go zawsze niechęć do zabijania, chyba że w samoobronie. Zresztą to, czego do tej pory był świadkiem, wskazywało, że pyrrusańskie przeszkolenie będzie tu niezwykle przydatne. Niebo widziane przez dziurę w skórze zaczynało szarzeć i Jason odsunął swe okrycie, by spojrzeć na poranek.
