
Mikah Samon leżał tuż obok niego. Jego głowa sterczała spod przykrywających go futer. Włosy miał posklejane zaschniętą, ciemną krwią, ale wciąż jeszcze oddychał.
— Trudniej go zabić niż przypuszczałem — mruknął Jason unosząc się na łokciu i spoglądając na ów świat, na który rzuciło go sprowokowane przezeń rozbicie statku.
Była to ponura pustynia, na której leżały skulone ciała. Wyglądała jak pobojowisko po jakiejś bitwie na końcu świata. Kilka istot wstawało powoli, otulając się w swoje skóry i był to jedyny znak życia na tej niezmierzonej przestrzeni pokrytej piaskiem. Z jednej strony łańcuch wydm zasłaniał morze, ale wciąż dobiegał go głuchy łoskot fal rozbijających się na brzegu. Biały szron pokrywał ziemię, a zimny wiatr wyciskał łzy z oczu. Na szczycie jednej z wydm pojawiła się nagle dobrze zapisana w pamięci postać; opancerzony człowiek zwijał coś, co przypominało kawałki sznura. Do uszu Jasona dobiegło urwane nagle, metaliczne dzwonienie. Mikah Samon jęknął i poruszył się.
— Jak się mamy? — zapytał Jason. — To najpiękniejsze przekrwione oczęta, jakie kiedykolwiek widziałem.
— Gdzie ja jestem…?
— Cóż za błyskotliwe i oryginalne pytanie! Nie sądziłem, że jesteś facetem, który ogląda historyczne przygodówki kosmiczne w TV. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy, ale mogę zrobić krótkie streszczenie tego, jak się tu znaleźliśmy, jeżeli masz na to ochotę.
— Pamiętam, że dopłynęliśmy do brzegu, potem z ciemności wyłoniło się coś strasznego, jak demon z otchłani piekielnej. Walczyliśmy…
— On zaś wyrżnął cię w głowę — jeden szybki cios i to właśnie, prawdę mówiąc, była ta cała walka. Mogłem się lepiej przyjrzeć twojemu demonowi, choć wcale się nie nadawałem do walki bardziej niż ty. To człowiek, tyle że ubrany w dziwaczny strój rodem z koszmaru ćpuna. Mam wrażenie, że jest on szefem tej grupki obozowiczów. Na dobrą sprawę nie bardzo wiem, co się tu dzieje — poza tym, że ukradł mi buty i mam zamiar mu je odebrać, choćbym go miał przy okazji zabić.
