
Gdy wrócił, Mikah ponownie odzyskał przytomność, słońce zaś znajdowało się już dość wysoko ponad horyzontem. Obudziła się również cała reszta tego iskającego się stada, liczącego około trzydziestu mężczyzn, kobiet i dzieci. Wszyscy byli tak samo brudni i tak samo opatuleni w prymitywne, skórzane opończe. Albo włóczyli się bez celu wokoło, albo siedzieli na ziemi, tępo wpatrzeni w piasek. Nie okazywali najmniejszego zainteresowania dwoma obcymi. Jason podał Mikahowi skórzaną czarkę i kucnął tuż przy nim.
— Wypij. To woda, chyba jedyny płyn, jaki tu piją. Nie znalazłem nic do jedzenia. — Wciąż trzymał w dłoni kamień. Mówiąc, wycierał go piaskiem — szpiczasty koniec był wilgotny i czerwony, przylepiło się doń kilka długich włosów.
— Rozejrzałem się nieco i wszędzie wygląda to tak samo. Po prostu banda stłamszonych typów z tobołkami owiniętymi w skóry. Paru z nich ma skórzane bukłaki na wodę. Jedyna reguła, jaką się kierują, to “ja silniejszy”. Użyłem więc siły i możemy się napić. Następny problem, to żarcie.
— Kim oni są? Co robią? — wybełkotał Mikah, który najwyraźniej ciągle odczuwał skutki uderzenia. Jason popatrzył na jego rozwaloną głowę i postanowił jej nie dotykać. Rana krwawiła obficie, a teraz zaczęła już przysychać. Jeżeli ją obmyje tą nader podejrzaną wodą, zdziała niewiele, ale za to może wywołać zakażenie.
— Tylko jednego jestem pewien — powiedział Jason. — Są niewolnikami. Nie wiem, co tu robią, dlaczego są tutaj albo dokąd idą, ale ich pozycja społeczna i nasza również jest boleśnie jasna. Ten Stary Zgred na wzgórzu jest naszym panem. No, a my wszyscy — jego niewolnikami.
