
— Czy to nie piękne? — spytała.
— Bardzo piękne — przyznał Jason i przez chwilę, patrząc na tę rozrzewniającą błyskotkę poczuł, jak ogarnia go litość. Przodkowie dziewczyny przybyli na tę planetę w statkach kosmicznych, uzbrojeni w najnowsze osiągnięcia nauki. Ich dzieci, odcięte od innych, zwyrodniały do poziomu ledwo świadomych niewolników, którzy mogą cenić bezwartościowy kawałek szkła bardziej niż cokolwiek na świecie.
— No dobrze — powiedziała Ijale układając się na piasku na plecach. Odwinęła niektóre ze skór i zaczęła podwijać do pasa pozostałe.
— Spokojnie — oznajmił Jason. — Mięso było prezentem, nie musisz za nie płacić.
— Nie chcesz mnie? — zapytała ze zdziwieniem i opuściła skóry na obnażone nogi. — Nie lubisz mnie? Myślisz, że jestem brzydka?
— Jesteś ładniutka — skłamał Jason. — Powiedzmy, że jestem za bardzo zmęczony.
Czy była brzydka, czy ładna? Trudno mu było to ocenić. Jej niemyte i zmierzwione włosy zakrywały pół twarzy, brud zaś skutecznie przesłaniał resztę. Jej wargi były popękane, a na policzku miała czerwony ślad.
— Pozwól, żebym została z tobą tej nocy, nawet jeżeli jesteś zbyt stary, by mnie chcieć. Mzil'kazi ciągle mnie chce i sprawia mi ból. Patrz, to on.
Człowiek, którego wskazała, obserwował ich z bezpiecznej odległości i wycofał się jeszcze dalej, gdy zobaczył, że Jason spojrzał w jego kierunku.
— Nie martw się o Mzila — powiedział. — Ustaliliśmy nasze wzajemne stosunki już pierwszego dnia. Może zauważyłaś guza, który ma na głowie? — Sięgnął po kamień i mężczyzna uciekł szybko.
— Lubię cię. Znowu pokażę ci moją najlepszą rzecz.
— Ja też cię lubię. Nie, nie teraz. Zbyt wiele dobrego w zbyt krótkim czasie może mnie rozpieścić. Dobranoc.
Rozdział 5
Ijale trzymała się blisko Jasona przez cały następny dzień i ustawiała się obok niego w tyralierze, gdy rozpoczęło się to bezustanne poszukiwanie krenoj.
