
— Są inne rozwiązania — powiedział Brucco. — Możemy zbudować inne miasto…
Przerwał mu huk trzęsienia ziemi. Już od pewnego czasu czuli drżenia; było to normalne na Pyrrusie, więc nikt nie zwracał na nie uwagi. Ten wstrząs był jednak znacznie silniejszy. Budynek zachybotał, a jedna ze ścian pękła, obsypując ich cementowym pyłem. Postrzępiona rysa sięgnęła ramy okna, którego pancerna szyba pod wpływem naprężenia pękła i rozsypała na drobne kawałki. Jakby na zawołanie przez otwór wdarł się żądłopiór, rozrywając siatkę ochronną. Spłonął natychmiast, trafiony ogniem z pistoletów.
— Będę pilnował okna — powiedział Kerk, przesuwając się tak, aby mieć je w zasięgu wzroku. — Mów dalej.
Incydent, który przypomniał czym naprawdę było życie w tym mieście, wytrącił Brucca z równowagi. Zawahał się przez chwilę, po czym podjął dalej:
— Taak… O czym to ja mówiłem?… Aha! Są przecież inne rozwiązania. Można zbudować drugie miasto, daleko stąd, może na terenie jednej z kopalń. Tylko tutaj jest tak niebezpiecznie. Możemy przecież opuścić to miejsce i…
— I wszystko zacznie się od nowa. Nienawiść tkwiąca w Pyrrusanach stworzy tę samą sytuację. Wiecie to lepiej ode mnie. Nie sądzisz Brucco, że właśnie tak będzie? — spytał Jason. Brucco niechętnie przytaknął. — Już to kiedyś przerabialiśmy. Istnieje tylko jedno rozwiązanie. Musimy zabrać ludzi z Pyrrusa. Gdzieś, gdzie będą mogli żyć bez tej nieustannej, bezsensownej wojny. KAŻDE miejsce będzie lepsze niż Pyrrus. Wy tak tutaj wrośliście, że już nie dostrzegacie, jakim piekłem jest w rzeczywistości ta planeta. Wiem, że jest dla was wszystkim i że nauczyliście się tutaj żyć, ale to za mało. Udowodniłem wam, że wszystkie tutejsze formy życia mają wysoko rozwinięte zdolności telepatyczne i że to wasza nienawiść zmusza je do walki przeciwko wam. Mutując i zmieniając się, stają się coraz bardziej podstępne i śmiercionośne.
