
Zgodziliście się z tym, ale to nie zmienia sytuacji. Wciąż jest dość nienawiści, by podtrzymać tę wojnę. O Boże, ale z was osły! Gdybym miał choć trochę oleju w głowie, powinienem być już daleko stąd i zostawić was waszemu cholernemu przeznaczeniu. Ale staliście mi się bliscy. Czy mi się to podoba, czy nie. Ratowaliście mi życie, ja ratowałem wam i nasza przyszłość biegnie teraz wspólnym torem. A poza tym, podobają mi się tutejsze dziewczęta. — Meta prychnęła, przerywając chwilową ciszę. — No, ale żarty na bok; mamy problem. Jeśli wasi ludzie tu zostaną, to zginą. Na pewno. Aby ich ocalić, musicie zabrać wszystkich do jakiegoś bardziej przyjaznego świata. Niełatwo znaleźć planetę nadającą się do zamieszkania, która posiadałaby bogactwa naturalne. Ja ją znalazłem. Mogą oczywiście wystąpić pewne nieporozumienia z tubylcami, ale dla Pyrrusan jest to chyba argument „za”. Transport i sprzęt są w drodze. Kto się zgadza?
Kerk, teraz ty.
Kerk łypnął groźnie na Jasona i z niesmakiem zacisnął usta.
— Zawsze namawiasz mnie na coś na co zupełnie nie mam ochoty.
— To dowód dojrzałości — Jason uśmiechnął się ironicznie. — Tryumf ego nad id. Czy to znaczy, że pomożesz?
— Owszem. Nie chcę lecieć na inną planetę i sam projekt nie budzi mego entuzjazmu, jednak nie widzę innego wyjścia.
— Dobrze, a ty Brucco? Będziemy potrzebowali chirurga.
— Poszukajcie innego. Teca, mój asystent, powinien sobie poradzić. Moim badaniom nad formami życia na Pyrrusie daleko do końca. Zostanę w mieście tak długo, dopóki będzie istniało.
— To może cię kosztować życie.
— Prawdopodobnie, ale moje obserwacje i zapiski będą niezniszczalne.
Nikt nie wątpił, że mówił szczerze i nikt nie próbował zaprzeczać. Jason zwrócił się do Mety:
— Będziesz potrzebna jako pilot, gdy odejdzie załoga transportująca.
— Jestem potrzebna na Pyrrusie do obsługi naszego statku.